MALEDIWY NA WŁASNĄ RĘKĘ

Ponad 14000 km, 17 dni spędzonych w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. Nie spałam w bungalowach na wodzie, nie sączyłam na plaży kolorowych drinków (w kraju, gdzie panuje prohibicja), nie kupiłam ani jednej zorganizowanej wycieczki, a bawiłam się o wiele lepiej,
niż niejedna biała osoba spotkana na mojej drodze. Pobyt na wyspach zamieszkałych przez ludność lokalną pozwolił poznać mi Malediwy
od zupełnie innej, nieznanej dotąd strony. Kipiące sztucznością resorty, ujmujące swym pięknem przyciągają rzesze turystów, którzy wydają niesamowite wręcz pieniądze, by pobyć przez chwilę w raju. Mi natomiast udało się dotrzeć do miejsc niedostępnych dla oczu przeciętnego białego turysty, gdzie przywitało mnie ogromne ciepło, przyjaźń, rodzinna atmosfera, wspólne spożywanie posiłków, wieczorne picie kawy
i długie, długie rozmowy.

Zacznijmy jednak od początku…

W lutym 2013 Emirates w ramach debiutu na polskim niebie przygotowało fenomenalną ofertę na jedenaście różnych kierunków. Po dokładnej analizie byłam pewna, że najbardziej atrakcyjne są Malediwy – 1418zł. Chwila zastanowienia i nie wiem nawet kiedy, bilety wylądowały
w mojej skrzynce mailowej. W takiej sytuacji nie trzeba zbyt długo myśleć. Ba! Nie wolno. Taka okazja może się nigdy więcej nie powtórzyć. Zawsze pozostają karty kredytowe, niskooprocentowane kredyty i allegro – a w domu tyle niepotrzebnych rzeczy… Lecę!

O Malediwach wiedziałam niewiele. Podstawą tej podróży był bardzo dobry reaserch. Gdy napisałam na pewnym forum zapytanie, czy mój budżet pozwoli mi przeżyć na Malediwach siedemnaście dni, zaczęłam dostawać odpowiedzi, które natychmiastowo zaczęły chłodzić mój zapał: Nie ma opcji! Musisz podwoić budżet lub… no…nie da się… yyyyy… Mam problem? Nie. Inspiracji na zmniejszenie kosztów zaczęłam szukać na portalu coutschsurfing. Problem był w tym, że użytkownicy zazwyczaj mieszkali w Male – stolicy. Ja chciałam zobaczyć lokalne wyspy. Szukałam kilka dni, wykorzystywałam do tego Google Earth – niekiedy w taki sposób można namierzyć jakiś tani guest house. Napisałam do kilkunastu osób na Facebooku – mieszkańcy różnych wysp, w tym jedna organizacja zrzeszająca wolontariuszy. Odezwała się jedna osoba. Owa wiadomość była początkiem wielkiej przyjaźni. Dzięki banalnemu przyciskowi wyślij, zaledwie miesiąc później na Malediwach czekała na mnie przyszywana rodzina, która w ani jednej chwili nie dała mi odczuć, że jestem turystką.

W Internecie po owej promocji nastąpił wysyp blogów, gdzie wiele osób opisuje wrażenia z pobytu na Malediwach. Nie chcę się powtarzać, kopiować podstawowych danych, takie rzeczy wyjaśni Wam z przyjemnością Wujek Google. Chciałabym skupić się na tym,
co moglibyście uznać za pomocne w planowaniu Waszej podróży.

KILKA WSKAZÓWEK

Podstawowy błąd – zakup biletów lotniczych bez uprzednio rozplanowanego pobytu na Malediwach. Zdecydowanie lepszym pomysłem
jest kupowanie biletu lotniczego pod pływające tam promy – na niektóre wyspy bowiem, promy wypływają z Male np. raz czy dwa razy
w tygodniu. Rzadko kiedy z danej wyspy możecie też płynąć bezpośrednio na kolejną. Trzeba wrócić do Male, tam przenocować,
by wyruszyć na drugi czy trzeci dzień rano.

Tutaj linki do bardzo przydatnych stron z rozkładami promów:

North Male Atoll: http://www.mtcc.com.mv/transporthome.aspx

Baa Atoll: http://motc.gov.mv/index.php/en/tranport-network/north-province/2012-03-05-05-38-46

Stopover w Dubaju. W jedną stronę – 5h, w drugą – 18. W takim przypadku warto zadzwonić na infolinię Emirates, bo być może przysługuje nam usługa Dubai Connect. O ile dobrze pamiętam, podczas nadawania bagażu w Warszawie można było odebrać vouchery na obiad podczas tego pięciogodzinnego czekania na lotnisku. Z tej opcji nie skorzystałam, jednak w drugą stronę usługa gwarantowała mi bezpłatny transfer pomiędzy lotniskiem a hotelem, nocleg, wyżywienie oraz wizę (koszt samej wizy w tamtym czasie wynosił ok. 500zł. Aktualizacja dla zainteresowanych – obecnie wizy zostały zniesione).

Ograniczenie ubrań do niezbędnego minimum. Naprawdę, nie ma sensu ciągać się z mini szafą na plecach. Podróżowanie z plecakiem między Male a innymi wyspami nie jest wcale takie wygodne, więc im lżejszy plecak, tym lepiej dla Was. Spodnie czy koszulka wyschną
w przysłowiowe pięć minut. Pranie – opcja bez wątpienia bardziej korzystna. Wybierajcie ubrania bardzo przewiewne, lekkie i wygodne. Jeszcze jedno – na publicznej plaży w Male byłam najbardziej roznegliżowaną kobietą, choć pływałam w koszulce i getrach do kostek.
Gdy tylko w wodzie pojawiała się nieświadoma biała kobieta
w stroju kąpielowym – od razu, nie wiadomo skąd, wyłaniała się policja, nakazująca zakrycie tego i tamtego. Warto zaznaczyć, że było to jedyne miejsce na Malediwach, w którym kąpałam się w taki sposób.
Na lokalnych wyspach bez problemu można znaleźć ustronne miejsce (często guest hausy mają wydzielony kawałek plaży), gdzie można pływać w stroju kąpielowym.

Filtry. Miło jest cieszyć się piękną opalenizną. Niestety, w całym tym zamieszaniu, można zapomnieć o szybkim posmarowaniu ciała,
a uwierzcie – spiec można się w mig. Polecamy zabrać ze sobą kojący żel po opalaniu, pantenol na poparzenia oraz preparat na komary – sprawdzona przeze mnie MUGGA, którą kupiłam w sklepie podróżniczym na warszawskiej Ochocie zdała egzamin w 100%.

Lekarstwa. Jeśli musicie przewozić leki, które są zdecydowanie z innej półki niż zwykły Apap – koniecznie zatroszczcie się o zaświadczenie od lekarza prowadzącego – zarówno w języku polskim, jak i angielskim (na takim zaświadczeniu napisane jest szczegółowo, jakie leki ze sobą zabieracie, w jakich ilościach). Nas akurat nikt nie prosił o okazanie tego dokumentu, ale lepiej chuchać na zimne i mieć ważny papierek, który może oszczędzić wielu kłopotów.

Waluta. Bankomat – wyłącznie w Male. Miałam przy sobie dolary, ale wymieniłam je na rufie. Jest po prostu taniej – znika problem zaokrąglania, wydawania pomniejszonej reszty itd. (w dolarach dawałam napiwki i płaciłam za taksówkę). Kantor – pieniądze wymieniłam na lotnisku.

Polecane wyspy (jeśli wybieracie się na własną rękę, te miejsca musicie odwiedzić):

  • Fulhadhoo
  • Ukulhas
  • Fulidhoo

Maafushi, Guraidhoo – typowo turystyczne wyspy, tutaj poczujecie się jak nad Bałtykiem (soki Hortexu w sklepach, a Polacy domagają się w knajpkach pierogów i schabowego). Nie polecam. Himmafushi – tajne więzienie, wielkie wysypisko śmieci, brzydka plaża i praktycznie nic poza tym.

Nocleg w Male. Szukajcie jak najtańszego, będziecie tutaj bardzo krótko, więc – po co przepłacać? Postawiłam na standard
(w Male właściciele guest hausów nie przejmują się swymi gośćmi, panującymi warunkami: tym czy biały ręcznik jest szary ze starości,
pościel co najmniej trzeciej czy czwartej świeżości, a wifi funkcjonuje jedynie na wywieszonej tabliczce – turyści zostają tu najdłużej jedną noc), rezygnując ze śniadania (lepiej według mnie było nie zjeść śniadania, a spać w czystym pokoju, aniżeli zjeść byle jakie śniadanie w byle jakim miejscu – w tej samej cenie). Wygląda ono bowiem wszędzie tak samo: tosty, jajko, kiełbaski, dżem lub roshi z tuńczykową sałatką. Będąc w Male możemy kupić na bazarku świeże warzywa, owoce czy ryby. Na pewno docenicie tę chwilową jedzeniową różnorodność. Wypływając na wyspy, trudno będzie o świeże owoce czy warzywa. Lokalizacja miejsca noclegowego jest naprawdę mało istotna, ponieważ w Male dojedziemy wszędzie taksówką za 2$. I jeszcze jedno. Byłąm tutaj zdecydowanie za krótko (noclegi pomiędzy przemieszczaniem się z wyspy na wyspę). Zakochałam się w Male. Specyficzne miasto, na zwiedzanie którego poświęciłabym teraz dodatkowy dzień.

Ubezpieczenie. Trzeba mieć. Cóż jednak z tego, jeśli na wyspie jest jedna pielęgniarka, a najbliższy szpital w Male. Bierzemy ze sobą apteczkę i… uważamy… Głównie na spadające kokosy. Trudno uwierzyć, ale mniejsze jest prawdopodobieństwo pożarcia przez rekiny od śmiertelnego oberwania kokosem. Statystyki mówią, iż corocznie od uderzenia koksem ginie 150 osób. Liczba ludzi zaatakowanych przez rekiny jest aż piętnaście razy niższa. Jak powiedział mój przyjaciel: Jedni mają bomby, my mamy spadające kokosy.