o relacjach ponad granicami

Przedwstęp dopisany dzisiaj, przy porannej kawie.

Bolą mnie nogi. Przyjemne uczucie, jeśli się wie, że to na skutek skakania i tańczenia, a gardło jest nieco zdarte od przekrzykiwania głośnej muzyki. Ze swoimi przyjaciółmi, znajomymi i rodziną żegnałam się przez ostatnie trzy tygodnie, choć i tak nie zdążyłam spotkać się ze wszystkimi. Z uśmiechem na twarzy i życzeniem wzajemnego powodzenia, rozstaliśmy się na jakiś czas. Wczoraj dopiero tak naprawdę poczułam, że wylatujemy już za dwa dni. Wyjątkowa impreza wyprowadzkowa. Dasza i Misza – bardzo się cieszę, że mogłam w niej uczestniczyć, że dotyczyła w jakiś sposób także mnie. Dziękuję! Poznajesz nowych ludzi i od razu się z nimi żegnasz. Ale tak inaczej, bo nie jest to proste, codzienne: do zobaczenia. Niezwykła kreatorka przekroczyła wczoraj moje pojęcie o zdolnościach organizacyjnych, urzekając przy okazji dekoracjami całego mieszkania. Kolorowe palmy, piękne pudełeczka na domowej roboty popcorn, porozklejane karteczki: ZEN, Tu i Teraz, Life’s a journey, pozostańmy w kontakcie (zawierająca wszystkie nasze internetowe namiary, promocja ponad wszystko ;D). Genialny kącik rzeczy do oddania – każdy z gości mógł tutaj znaleźć coś dla siebie. I ta myśl przewodnia, która wymknęła się z ust podczas kolejnego podskoku: Największa nasza stabilizacja to stopy przywarte do klejącej się od rozlanej wódki podłogi. Wszechświat nas sobie podrzucił takich… nieco zwariowanych, niezrównoważonych, pozytywnie zakręconych, z tym podobnym podejściem do życia, pomysłami, kreatywnością i spojrzeniem w przyszłość. Praca zbliża ludzi, jak widać, późniejsze bezrobocie w razie rozwiązania zespołu – jeszcze bardziej.

Za długi wstęp (w razie braku czasu – przewinąć).

Lgnę do ludzi jak mucha do miodu. Nie, nie do lepu, bo ten źle mi się kojarzy. Lep zawieszał w swoim pokoju mój osobisty Tato. Wisiał on sobie w najlepsze, dyndając na żyrandolu i gromadząc coraz to większe ilości martwych robali. Obrzydlistwo! Ale cóż zrobić, jeśli nie wypada ograniczać wolności swego ojca w dokonywaniu wyborów przy zakupie środków na latające stwory, wpływając przy tym znacząco na jego poczucie estetyki.

Mam to szczęście, że otaczają mnie bardzo inspirujący, dobrzy ludzie. Wszędzie, gdzie tylko się pojawię. Na długo czy krótko, na kilka godzin, dzień czy tydzień, miesiąc czy dwa, rok czy pięć lat, zawsze towarzyszą mi cudowne, niepowtarzalne, pokrewne dusze w postaci wielu znajomych, przyjaciół i członków rodziny. 

Spotykamy się niekiedy przypadkowo, wpadamy na siebie w trakcie naszych podróży przez życie. Czasem idziemy razem, dotrzymujemy sobie kroku, niekiedy któreś z nas wyprzedza. Spiesząc w nieznanym nam kierunku mijamy się przelotnie, by znów przydarzyć się sobie za jakiś czas. Jak można w taki sposób mówić o przyjaźniach, miłości, kontaktach międzyludzkich? Jak można się nie ograniczać, zatrzymywać na wyłączność, nie przypieczętowywać związków nierozerwalnymi paktami krwi? Czy to w ogóle ma sens? Nie wszystko musi mieć sens, nie wszystko musi być opłacalne i nie ze wszystkiego musimy czerpać korzyści. Stałe ograniczanie się do najbliższego otoczenia i utrzymywanie kontaktów jedynie z tymi, którzy mieszkają obok jest według mnie równoznaczne z zamknięciem się na świat. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, zagadywać ich, zaczepiać, dzielić się swoimi spostrzeżeniami, słuchać ciekawych historii. Być otwartym – naprawdę warto.

_MG_7410

Żyjąc w ciągłym ruchu zachowanie odpowiednich proporcji pomiędzy obecnym tu i teraz, a przeszłym czy przyszłym tam jest bardzo trudne, ponieważ w głównej mierze wymaga dużego nakładu czasu. Remedium na wszystko jest jedno – wzajemne zrozumienie i zaangażowanie. Nie da się za wszystkimi rozmawiać codziennie, wisieć na telefonie, Skype, pisać na Facebooku czy WhatsApp. Jest to wręcz niewykonalne. Ważne jest jednak, by o sobie pamiętać. Uwielbiam sytuacje, w których spotykamy się i dochodzimy do tego samego wniosku: choć tyle się nie widzieliśmy, to cały czas nadajemy na tych samych falach. Nikt do nikogo nie ma żalu i pretensji, bo jeśli chce się skontaktować – bierze po prostu telefon w dłoń lub wystukuje wiadomość na klawiaturze. Działanie obustronne.

Kontakty międzyludzkie, dbanie o nie, pielęgnowanie i podtrzymywanie relacji pomaga stworzyć nam solidny pancerz chroniący przed złymi emocjami, chorobami i innymi szkodliwymi czynnikami tego świata. W naszym wspólnym obcowaniu fantastyczne jest to,  że dzieląc się swoją dobrą, pozytywną energią, zamiennie – czerpiemy ją od innych.

_MG_9074

Raczej nie doświadczam uczucia tęsknoty, a przynajmniej staram się być ponad nią. Będąc w danym miejscu, bardzo szybko się przystosowuję i przestawiam na nowy tryb życia. Niemądre byłoby trwanie w tęsknocie, która blokowałaby doświadczanie danej chwili, radość z wyjątkowości tu i teraz. Wspominam, pamiętam, pielęgnuję kontakty (a jeśli mi nawet czasem nie wychodzi, to staram się nadrabiać zaległości) i cieszę się z tego, że przydarzamy się sobie lub trwamy w długoletniej przyjaźni. Nikt z nas nie jest sam. Samotność jest stanem naszego umysłu. Wykreowaną teorią kamuflującą coś, co staramy się usilnie ukryć. Trudno jest stanąć przed lustrem i przyznać przed sobą, że ma się problem. W środku. Ukryty potajemnie w ciemnych zakamarkach naszej podświadomości. Zabity dechami. Zdecydowanie łatwiej jest zrzucić winę choćby na bogu ducha winnego znajomego, który się do nas nie odzywa. Musimy pamiętać o tym, że jesteśmy odpowiedzialni za swoje samopoczucie. Za wewnętrzne, bardzo często złudne przekonanie o krzywdzie i niesprawiedliwości. Nie możemy tym obarczać innych. Trzeba żyć świadomie, doszukując się źródeł swoich stanów, analizując uczucia, których doświadczamy, zapoznając się ze swoim wnętrzem i zagubionym JA, zaprzyjaźniając się ze sobą, zaczynając od dokonywania zmian w sobie, a nie w drugim człowieku. Odnalezienie siebie, zaakceptowanie i pokochanie jest równie istotne jak dla wielu –  odnalezienie miłości swojego życia. Dla mnie, po wielu doświadczeniach, stanowi chyba jednak wartość nieco wyższą. Ludzie pojawiają się, odchodzą, nikogo nie możemy zatrzymać na wyłączność. Jednego jednak możemy być pewni: zawsze będziemy mieli siebie.

Wstęp miał być krótki. Nie wyszło. Generalnie zmierzałam do tego punktu.

W trakcie swoich podróży poznaję mnóstwo wspaniałych ludzi. Odwiedzam także tych, których znam od wielu lat. W odniesieniu do każdego miejsca, w którym byłam i jestem, potrafiłabym jednym tchem wymienić co najmniej kilka osób, które zapisały się w mojej pamięci w sposób niezwykły. Zamierzeniem tego tekstu był jednak powrót na Malediwy i przedstawienie Wam relacji z lokalnymi ludźmi, których tam poznałam. Wpis powodowany głównie tym, że znów planuję podróż do Azji, tym razem jednak na dłużej. Nawet na bardzo długo.

Krótka historia malediwskich relacji.

Wybierając się na Malediwy pragnęłam poznać ich prawdziwe oblicze, daleko odbiegające od widoków znanych z pocztówek i turystycznych przewodników. Udało mi się dotrzeć do miejsc niedostępnych dla oczu przeciętnego białego turysty. Przywitało mnie ogromne ciepło, przyjaźń i rodzinna atmosfera. Jak to zrobiłam? Przed wylotem wysłałam sporą ilość prywatnych wiadomości (via Facebook) do osób mieszkających na wyspach (w tym jedna organizacja zrzeszająca wolontariuszy), które najbardziej mnie zafascynowały. Czym się kierowałam? W zasadzie, niczym konkretnym. Ufam swojej intuicji. Przeglądam zdjęcia, informacje, sprawdzam miejsce pracy i – piszę. Odezwała się tylko jedna osoba. Ali. Mój Brat. Krótka wiadomość stała się początkiem wielkiej przyjaźni. Dzięki banalnemu przyciskowi wyślij, zaledwie miesiąc później na Malediwach czekała na mnie przyszywana rodzina, która w ani jednej chwili nie dała mi odczuć, że jestem turystką.

Untitled-1

Malutka wysepka pośrodku Oceanu Indyjskiego, którą można obejść w niecałą godzinę. Zupełnie odgrodzona od reszty świata. Łódka jest niezbędna, by gdziekolwiek się przemieścić. Cóż robić poza leżeniem na białym piasku, kiedy nie ma nic do zwiedzania, brakuje kawiarni, barów i oczywiście –  nie ma alkoholu (prohibicja). Każdą wolną chwilę spędzałam z mieszkańcami wyspy, poznając ich codzienne życie. Wtapiając się niejako w otoczenie, poznałam smak prawdziwych Malediwów. Fascynowało mnie dosłownie wszystko: możliwość odwiedzania lokalnych domów, próbowania potraw w kuchniach zaprzyjaźnionych osób, picie deszczówki, słuchanie malediwskiej muzyki (zamiennie z Chilli ZET, by zaspokoić ciekawość na temat Polski), łowienie ryb, polowanie na ośmiornice i przesiadywanie w klubie. Nazwałam tak niewielki domek stojący na plaży, miejsce zgromadzeń męskiej części społeczeństwa. Lokalne kobiety były odpowiedzialne za sprzątanie tego miejsca, jednak nie korzystały z niego. Wtedy akurat o tym nie myślałam, ale faktycznie byłam jedyną kobietą w męskim towarzystwie, która mogła czuć się tam swobodnie, żuć betel, gawędzić i oglądać telewizję. Wieczorami spotykaliśmy się tutaj i piliśmy przepyszną kawę, w ciągu dnia – sok ze świeżo zerwanych kokosów. Ktoś poszedł, ktoś wlazł na drzewo, ktoś przyniósł, ktoś poczęstował z wielkim uśmiechem na twarzy. Telewizor przyniósł ktoś, ktoś inny przyniósł czajnik, ktoś betel, ktoś stół, ktoś popielniczkę, ktoś śmietnik, ktoś inny kubki. W mojej miejscowości gdybym tak sobie przyniosła telewizor, to ktoś mógłby go jedynie zawinąć. Tutaj wszystkich łączy niesamowita więź, stanowią oni jakby jedną wielką rodzinę.

Untitled-1

_MG_7512

_MG_7511

Na małej przestrzeni stał w tamtym czasie tylko jeden guest house. Ceny z kosmosu! Jakakolwiek wycieczka – 60$ od jednej osoby, posiłek – 25$ (śniadanie w cenie, ale gdyby tak doliczyć obiad i kolację, wychodzi dziennie 50$ od osoby). Zero konkurencji. W takich sytuacjach warto porozmawiać z lokalnymi, zaproponować jakieś warunki. Poprosić o udostępnienie łódki, gotowanie dodatkowych porcji obiadu przez kolejny tydzień. Zazwyczaj o porozumienie bardzo łatwo, nikt nie chce nawet wziąć pieniędzy, ale sami w łatwy sposób możemy obliczyć, ile powinniśmy zapłacić za posiłek + np. paliwo, jeśli chodzi o wynajem łódki. Jest to bardzo dobry i wygodny układ. My mamy wspaniałe możliwości, a jednocześnie pomagamy podreperować domowy budżet osób, które na co dzień nie mają zbyt wielu możliwości dorobienia do podstawowego źródła utrzymania.

_MG_8510

Wśród wycieczek oferowanych przez guest house można było znaleźć m.in. polowanie na ośmiornice i spędzenie całego dnia na sandbank. Bardzo komercyjne i sztuczne, jak naszyjniki z kwiatów zawieszane na szyjach nowoprzybyłych przez malediwskie dzieci. Piękne gesty, ale takie nieprawdziwe, wymuszone. Nie wykupiłam żadnego wypadu z kolorowej broszury, towarzyszyłam jednak przyjaciołom w ich codziennym życiu. Wspólnie wypływaliśmy na sandbank, połów ryb, czy polowanie na ośmiornice, po drodze wypatrując bacznie żółwi. Dla mnie była to jedynie ciemna plama na wodzie, ufałam im jednak, że to turtle!

_MG_8667

Zdjęcia z takich wypraw możecie zobaczyć tutaj: in the middle of the Indian Ocean i octopus hunter. Jesteście ciekawi jak się poluje na ośmiornice? Wypływa się łódką hen, wskakuje do wody w masce, z czymś na wzór dzidy w jednej dłoni, w drugiej trzymając butelkę wypełnioną chemikaliami – płyn do mycia naczyń, proszek, koncentrat do płukania. Substancję wciska się w wypatrzony uprzednio domek octopusa, który wyskakuje ze swojej dziupli, nabijając się na ostre narzędzie polującego. Skąd oni wiedzą, gdzie szukać? Nie wiem. Powiedzmy, że oni wiedzą, gdzie ośmiornica ma swój dom, a my wiemy, gdzie rosną grzyby (p.s. złapane ośmiornice przyjęły postać curry, smakowały wybornie).

_MG_8576

Pożegnalna niespodzianka, przesympatyczna niespodziewajka (ktoś złapał ryby, ktoś je przyrządził, ktoś przyniósł grill, ktoś wodę i colę, ktoś krzesła i stół, ktoś reflektor, ktoś coś, ktoś zaprosił mnie).

Untitled-1

_MG_7894-2

_MG_7995-2

Ismaela poznałam w Male (stolica Malediwów). Szliśmy ulicą i w pewnym momencie straciłam orientację. Zaczepiłam przechodzącego obok chłopaka, który nim wskazał nam drogę – zaprosił nas na śniadanie do swojego domu: Chodźcie ze mną, moja mama bardzo się ucieszy, jak przyprowadzę gości z Polski! Chwila niepewności, mnogość przerażających wizji rodem z horroru i szybka decyzja: idziemy! Przepyszny omlet, herbata ze Sri Lanki z mlekiem (czarna? w żadnym wypadku – goście dostają to, co najlepsze), świeża, soczysta papaja pokrojona w drobne kawałki, posypana cukrem i skropiona cytryną. Ismael oprowadził nas po całym mieszkaniu, pokazał swój różowy pokój, w którym skorzystaliśmy z dostępu do komputera, by złapać siebie na fb. Później zwiedzaliśmy wspólnie Male i bazary ze świeżymi warzywami, owocami i rybami, gdzie targował on dla nas ceny, zniżając je do zupełnie nieturystycznych. Wspaniały dzień. Znamy się tak naprawdę zaledwie kilka godzin, a pamiętamy o sobie do dnia dzisiejszego.

Untitled-2

_MG_9432

Przede mną długa podróż. Wiem, że będzie bogata w nowe znajomości. Wyruszam, by poznać tych, których nie spotkałabym w inny sposób. Zaglądajcie tutaj, odwiedzajcie mnie! Niedługo znów się spotkamy! Ściskam Was ciepło!