SKUTEREM DO BUDDY

Przygotowania do zwiedzania.

Nie była to zwykła podróż krajoznawcza. Poranny pomysł, by się zebrać, wpakować w autobus i zobaczyć okolicę. 

Prawo jazdy mam od dziesięciu lat i za nic w świecie nie potrafiłam się przełamać, by wyjechać wreszcie na ulicę, uliczkę, czy choćby polną ścieżkę. Pasażer – ok, ale wyłącznie siedząc wygodnie w samochodzie, wszelkie pojazdy jednośladowe w doskonały sposób zostały znienawidzone. Poza rowerem, bo ten jawi się w mojej głowie jako niezawodny i bezpieczny środek przemieszczania się tu i tam. Bałam się latających słoni, wyskakujących z zaskoczenia ludzi (towarzyszyły temu wyobrażenia lecących w powietrzu ciał, które opadały w zwolnionym tempie na przednią szybę samochodu), jadących w tym samym kierunku i tych jadących po drugiej stronie, przebiegających dzików i innych stworzeń, dzieci nie wiadomo skąd, gradobicia, wpadania w poślizg nawet w lecie, zakrętów, z których można wypaść i przepaści, do których można wpaść. Na upartego – bałam się wszystkiego. I siebie samej też. Istna drogowa psychoza.

Zderzenie z rzeczywistością.

I nagle zaczęłam żyć w miejscu, gdzie już sama nie wiedziałam, co jest bardziej niebezpieczne. Bycie kierowcą, czy zwykłym przechodniem. Codzienne przekraczanie ulic to walka o przetrwanie. Wyczuwasz sytuację, podnosisz wysoko rękę i… biegniesz! Licząc na to, że zdążysz. Na pasach, na światłach i tam, gdzie przechodzić się (niby) nie powinno (z każdym takim nielegalnym przejściem myślę o tym, że w Wawie na pewno miałabym już setny mandat). Po miesiącu takiego biegania pomiędzy potencjalnymi zabójcami, oswoiłam się nieco z azjatyckim stylem jazdy. Do tego stopnia, by poważnie zacząć się zastanawiać nad innym sposobem przemieszczania na większych odległościach. Moja mapa miejsc do odwiedzenia rozrosła się do ogromnych rozmiarów, wypadałoby wyjechać poza Hua Hin. Mam do wyboru: przepełnione turystami autobusy, tuk-tuki, taksówki, a jeśli już naprawdę ma być nieturystycznie – pozostają mi przecież kilkudniowe, piesze wycieczki. Nie dopuszczałam myśli, że można tak po prostu – wypożyczyć skuter. W żadnym wypadku.

Aż do soboty…

Nadchodziła sobota, a wraz z nią pomysł na wyruszenie w miejsce, do którego dowiozłyby mnie wszystkie lokalne taksówki, za odpowiednią kwotę, choćby dobrze wytargowaną – zawsze turystyczną. Tak za białą twarz. Taniej i wygodniej (?!) jest wypożyczyć s-k-u-t-e-r.

Przewijam, by nieco ukrócić ten potok myśli.

Piątek. Późny wieczór. Na ulicach spokojniej, mniej zabójców i samobójców.

– Masz prawo jazdy?
– Mam.
– A jakiś dokument?
– Zapomniałam.
– Nic nie szkodzi. Zrobię Ci zdjęcie – właścicielka wypożyczalni wyciąga telefon i pstryka.

Płacę 20zł za całą dobę (jeśli wynajmuje się z góry na cały miesiąc, bez problemu można wytargować cenę do ok. 8-10zł) i drżącą ręką składam podpis. Wybrałam biały. Przerażająco piękny.

Misza jechał przede mną (dziękuję za nieziemską cierpliwość, szybką lekcję, podstawy i stałe przypominanie o tym, że obowiązuje tutaj ruch lewostronny), ja choć w to nie wierzyłam – jechałam za nim. Nawet nie potrafię określić poziomu stresu, strachu, adrenaliny i stale towarzyszącej mi potrzeby zatrzymania się gdziekolwiek, rozryczenia wniebogłosy. Zwłaszcza podczas zawracania, kiedy musiałam pomagać sobie nogami, by się nie wywalić, ani z nikim innym nie zderzyć. Dałam radę. Upór, determinacja i wiara w siebie czynią cuda. Przejechaliśmy całe miasto. Zaczęłam się uspokajać i myśleć o tym, że tak zwyczajnie, banalnie – muszę sobie zaufać.

Z premedytacją, świadomie, przełamałam swój największy lęk. Postawiłam siebie pod ścianą, przyparłam do muru i rozprawiłam raz na zawsze z blokującym mnie ograniczeniem. Wychodzenie poza strefę własnego komfortu nie jest niczym przyjemnym, jest wręcz wykańczające, przy czym jednocześnie – bardzo uwalniające.

Stacja paliw.

– Dzień dobry, proszę do pełna.

A pan mi na to:
– 8zł.

Radość! Buzia sama się cieszy. Taki dodatkowy plus stoczenia wewnętrznej walki, dzięki której mogę teraz zwiedzać okolice w jakże oszczędny i fantastyczny sposób. Zakochałam się, nieprzewidziany skutek. Mogę ruszać tam, dokąd tyko wyobraźnia mnie poniesie.

Skuterem do Buddy.

W sobotę przejechałam 60km. I czułam się jak mistrz świata, choć jeszcze czasem odpychałam się nogami.

Pielgrzymka. Modliłam się przez cała drogę, dukając w myślach wszystkie pacierze, jakie tylko znam. Droga jak do Częstochowy, choć nigdy tam nie byłam. Wat Huai Mongkhon. Miejsce piękne, wyjątkowe, wymodlone. Czuć podniosłość, aurę wszechobecnej świętości, prawdziwej wiary i głębokiego szacunku. Największy posąg mnicha Luang Pu Thuat (niemal dwunastometrowy), do którego przybywają pielgrzymi, prosząc o szczęście, zdrowie, pomyślność i bogactwo. Znany ze swoich cudów miał m.in. przemieniać wodę morską w pitną. Wyznawcy buddyzmu wierzą, że amulety z jego podobizną chronią przed wszelkim niebezpieczeństwem, zwłaszcza wypadkami drogowymi.

IMG_1493

IMG_1385

IMG_1390

IMG_1387

IMG_1445

Untitled-6

IMG_1442

IMG_1363

IMG_1373

IMG_1374

IMG_1376

IMG_1377

IMG_1404

IMG_1403

IMG_1392

IMG_1396

IMG_1420

IMG_1423

Untitled-2

IMG_1400

IMG_1405

IMG_1439

Untitled-3

Untitled-4

IMG_1467

IMG_1475

IMG_1487

IMG_1484

IMG_1476

IMG_1470

IMG_1505

IMG_1472

IMG_1477

IMG_1480

IMG_1506

IMG_1507

Untitled-1

IMG_1503