STULETNIE JAJA – EKSTRAWAGANCJA NA TALERZU

Magia jajek.

Sprzedawane przy ulicy, powrzucane w słoiki i nietrzymane w lodówce. Nie potrafiłam przejść obok nich obojętnie. Chodziłam i się gapiłam. Wygooglałam całe internety w poszukiwaniu informacji o tym, czy w Tajlandii różowe kury znoszą różowe jajka.

IMG_4435
Niby białe, a jednak czarne. Niby różowe, a też czarne. Kupiłam dwa rodzaje. Dokładnie trzeciego kwietnia. Miały zostać uwiecznione na wielkanocnych kartkach. Chociaż ciekawość smaku była wielka, skutecznie odpychałam myśl o jej zaspokojeniu. Jajka leżały w lodówce, zmieniając swoje miejsce niemal codziennie, z półki bocznej na środkową, z środkowej (na chwilę) na kuchenny blat. Co tu dużo mówić – przeszkadzały. Częstowałam, nikt nie chciał spróbować, postanowiłam zjeść sama. Miejsce musiało wreszcie się zwolnić, zaczęła nawalać lodówka, co niewątpliwie przyspieszyło proces degustacji. Stałam przed tymi jajkami i głośno dukałam, że nie pamiętam daty ważności, opakowania brak i w zasadzie to nie wiem, czy warto się truć. I nagle usłyszałam głos Daszy, który zasugerował mi, że byłoby nierozsądne obawiać się, iż stuletnim jajom może coś dolegać. Jeśli gniją już tyle, to dwa dodatkowe dni na pewno nie wpłyną negatywnie na ich spożycie. I miała rację! Ponoć z tymi jajkami jest jak z winem. Najwięksi koneserzy przechowują je nawet po kilka, czy kilkanaście lat, twierdząc, że czas im wyjątkowo służy – im starsze, tym lepsze.

IMG_4446

Strachy na lachy.

Straszą wszędzie: niedobre, obrzydliwe, okropne. Filmików na YouTube całe mnóstwo, większość zniechęca tak, że chciałam spróbować jeszcze bardziej. Jem kaszankę, lubię wątróbkę (ostatnio przestałam pytać, z czego są szaszłyki kupowane przeze mnie na marketach, bo na migi czasem trudno się dogadać. Myśląc o tym, że na sto procent jem właśnie wątróbkę, zdębiałam po jednym przełkniętym już kęsie; przyjrzałam się z bliska – wątróbka była tylko w mojej głowie, w rzeczywistości pochłonęłam serce, którego obiecałam sobie, że nie zjem nigdy, przenigdy; przeżyłam, ale resztę wyrzuciłam). Jakiś czas temu postanowiłam przełamywać swoje ograniczenia małymi krokami, w każdej sferze życia. Żywieniowej też. Przed wylotem spróbowałam wujkowej galarety z karpia i warszawskiego tatara. Pierwsze – rozumiem, że ktoś może lubić, wujek bardzo dobrze gotuje. Zjadłam raz, wystarczy. Wiem, jak smakuje. Drugie – jak mogłam wcześniej nie jeść tatara??? Taka niespodzianka pod wykreowaną blokadą ukryta. Flaczków już zjeść nie zdążyłam, może i dobrze. Pomyślałam, że po takich doświadczeniach, stuletnie jajko nie zrobi na mnie większego wrażenia. I co? Nie zrobiło.

century_egg

Jajko jak (nie) jajko.  

Śmierdzące, cuchnące, jednak nie tak bardzo, jak zwykłe nieświeże jajko. Oczekiwałam prawdziwego zbuka. Smrodu, który zwali mnie z nóg. Niektóre sery pleśniowe mają o wiele bardziej uderzającą woń. Większą barierę do pokonania stanowi jego kolor (ciemna zieleń z dodatkiem brązu i czerni) i konsystencja. Białko przyjmuje galaretowatą postać, żółtko w zasadzie zmienia tylko barwę. Postanowiłam oszukać swój mózg, nadając temu azjatyckiemu przysmakowi nieco bardziej estetycznego i zachęcającego wyglądu. Jajka ułożyłam na liściach sałaty, do miseczki wlałam nieco sosu sojowego, a po bokach ułożyłam zagryzkę – marynowany imbir i zielone chyba śliwki (dokładnie nie wiem, co to jest, kupiłam zakładając z góry, że to oliwki – pomyłka!). Przed degustacją porobiłam trochę zdjęć i miałam radochę z tego, że nawet obrzydliwe jajka mogą być piękne. Opory były, ale zjadłam szybko, zapominając nawet o zagryzce. Pierwsze wrażenia? Zwykłe jajko na twardo z posmakiem pleśni. Smakuje całkiem nieźle. Chwilę później wcinałam imbir z myślą o tym, że następnym razem mogłabym ich spróbować w jakiejś tajskiej potrawie, ale samych zbyt szybko na pewno nie kupię.

IMG_4467

Białe i różowe? Czym się różnią?

Jedne z Chin, drugie z Tajlandii. To chyba podstawowa różnica. Pierwsze białe, drugie barwione na różowo, by odróżniały się od innych. Po obraniu wyglądały identycznie. Żółtka tych różowych miały nieco bardziej płynną konsystencję. Mam wrażenie, że białka bardziej się rozlatywały, były sypkie, w odróżnieniu od białych jajek, w których ta część była zbita. W kolorach różnic nie dostrzegłam, poza samą skorupką oczywiście. Smak jak dla mnie identyczny. Niemal jak krówka kleją się do zębów. Postawiłabym między nimi znak równości.

IMG_4456

Jeśli nie różowe kury, to co?

Kaczki, kury i przepiórki. Standardowo wyglądające znosicielki jajek – jak nasze (szczerze, nie wiem jakie zjadłam; ani słowa po angielsku, rysunku ptaka nie było). O oryginalności jaj decyduje sposób ich przechowywania. Wszystkie określenia tego specjału, a jest ich wiele (century egg, pidan, preserved egg, hundred-year egg, thousand-year egg, thousand-year-old egg, millennium egg), nawiązują ściśle do czasu ich dojrzewania poza lodówką. Wbrew nazwom, sam proces trwa od kilku tygodni do kilkunastu miesięcy.   

Tajowie różowe jajka nazywają potocznie horse urine eggs, co może sugerować, iż są one konserwowane w moczu konia. Błędne przekonanie. Na szczęście, nazwa związana jest wyłącznie z intensywnym zapachem amoniaku, który uderza tuż po zdjęciu skorupki. Tradycyjnie, jajka zamykane są w szczelnym naczyniu wypełnionym mieszanką z gliny, soli, herbaty, niegaszonego wapna i popiołu z drewna. Następnie obtacza się je w ryżowych łuskach i pozostawia do utwardzenia. Twarda, hermetyczna skorupa zabezpiecza jajka przed psuciem. Nie spotkałam ich tutaj w takiej formie, bardzo popularne są jajka bez zbożowych otoczek (co może wskazywać na unowocześnienie przepisu), które wraz z różowymi można kupić wszędzie.