get VISA and RUN

Moje ostatnie podróże wyznaczają daty kończących się wiz w paszporcie i nieuchronne visa runy, czyli przeskakiwanie poza granice Tajlandii, w celu zdobycia cennego stempelka umożliwiającego szybki powrót. Tym sposobem już drugi raz w tym roku byłam w Birmie, a ostatnio także w Singapurze (dosłownie przez dwie godziny, wyłącznie na lotnisku).

Każdy visa run to wymuszone podróżowanie, wobec którego nie można się zbuntować, o którym nie można zapomnieć, co powinno się planować i czego nie można przegapić (a co przydarzyło mi się już kilka razy). Sprawę można sobie uprościć korzystając z oferty firmy organizującej visa runy: wyjechać busem z samego rana, przekroczyć granicę i wrócić wieczorem do Hua Hin. Jednak takie podejście to dla mnie totalne marnotrawstwo. Trzeba ruszyć z miejsca? Warto ruszyć głową. Nawet najkrótszy wypad można zorganizować tak, by wycisnąć jak najwięcej z miejsc, wydawałoby się zupełnie nieatrakcyjnych. Faktycznie, po stronie birmańskiej nie ma w zasadzie NIC, albo jest wielkie NIC, więc nasz pobyt spędzamy głównie po stronie tajskiej, w miasteczku Ranong, gdzie przez osiem miesięcy panuje pora deszczowa (jesteście w stanie sobie wyobrazić, że mieszkacie w miejscu, gdzie niemal codziennie, przez osiem miesięcy leje deszcz???). To tutaj wypożyczamy skuter, nocujemy w hotelu i czerpiemy radość z dobrodziejstw natury, jakim są chociażby pobliskie gorące źródła. Birma jest mi nadal zupełnie obca, poznałam zaledwie niewielką część miasteczka Kawthaung, którego rytm życia wyznacza visa run. Przekraczając granicę w tym właśnie puncie podlegamy zakazowi zapuszczania się w głąb kraju – prawo ściśle określa promień swobodnego przemieszczania się, wydaje mi się, że jest to odległość ok. 20km.  Żeby móc zwiedzać Birmę, trzeba do niej przylecieć samolotem.

O tym, co widać dzisiaj na blogu, opowiedziałam ostatnio Karenowi, który mieszka w Hua Hin już od osiemnastu lat. Gdzieś pomiędzy zapytałam, czy robił visa runy do Kawthaung. TAK! 70 razy! SIEDEMDZIESIĄT! Dokładnie co trzydzieści dni, przez jakieś osiem pierwszych lat mieszkania w Tajlandii. Rekordzista!

Dzisiaj niewiele Birmy, bo to tylko jeden z dwóch moich krótkich wyjazdów. Po kolejnych 68 razach powinno być zdecydowanie lepiej.
Miłego dnia!

 

untitled-1a

_mg_3800a

_mg_3796

_mg_3802

_mg_3797

untitled-3

_mg_3823

_mg_3828

_mg_4195

_mg_3821a

untitled-4a

untitled-6

_mg_3838a

untitled-9

_mg_4192

_mg_3903

_mg_3874

_mg_3880_color

_mg_3872

_mg_3905

_mg_3910a

_mg_3915

untitled-10

_mg_4165

untitled-8

_mg_4196

_mg_3956

_mg_3960

_mg_3962

_mg_3975

_mg_3966

_mg_3988a

_mg_3996a

_mg_3974

_mg_3999

Czasami Pook chwyta za aparat i łapie dobre kadry. Postanowiłam skraść poniższe zdjęcie jego autorstwa (jak i kilka przedstawiających mnie) i wpleść je w moją historię. Lubię bardzo!

_mg_4015

_mg_4027

_mg_4032

_mg_4005a

_mg_4035

_mg_4029

_mg_4036

_mg_4053

_mg_4065

_mg_4055

_mg_4072

_mg_4067

_mg_4070

_mg_4078

_mg_4080

_mg_4076

_mg_4085

_mg_4099

_mg_4101

_mg_4103

_mg_4112

untitled-7

_mg_4128a

_mg_4136

_mg_4131

_mg_4121

_mg_4132

_mg_4145

_mg_4139

_mg_4149

_mg_4151

_mg_4152

_mg_4158

_mg_4162a

_mg_4164