<3 Mr. & Mrs. Thepphaboot <3

TO MY, czyli inaczej być nie mogło.

Dzisiaj nietypowy wpis. Relacja z najbardziej oryginalnego ślubu na jakim kiedykolwiek byłam. Odmiennie niż do tej pory, bo… tym razem nie byłam w pracy. Jeśli nie zlecenie i nie zaproszenie, to co? Otóż… Byłam… Na własnym ślubie! Tak, początkowo też byłam w szoku. W tak wielkim, że ostatniego dnia nie byłam w stanie jeść, pić ani spać. Do pierwszej w nocy wisiałam na telefonie ze swoimi rodzicami (naprzemiennie, rozwodnicy od piętnastu lat, zatem nasze życie toczy się na linii Polska-Niemcy-Tajlandia). To było w tym wszystkim najbardziej smutne, że odległość rozdzieliła nas w tym dniu. I tak Tata przez kilka godzin inspirował mnie i otulał dobrymi myślami, a mama ciepłymi słowami ocierała łzy.

CUDOWNYCH RODZICÓW MAM

Oczywiście, że odliczałam dni, byłam szczęśliwa i pewna tego, że kocham Pook’a, chcę dzielić z nim życie i sprzątać skarpetki, których nigdy nie rozrzuca (jak dobrze nosić japonki każdego dnia!). Mimo wszystko, łzy leciały jak groch i uwierało mnie wielkie COŚ. W głowie jedno: byłam tak daleko, nazajutrz miałam zawrzeć związek małżeński, a moi rodzice praktycznie nie znali mojego przyszłego Męża. Najbardziej niewiarygodne w tym wszystkim było to, że cały czas prowadziłam jedynie swój wewnętrzny monolog. Nic takiego od nich nie usłyszałam. Życzenia Taty przez Skype i późniejsze video mojej Mamy, która nagrane błogosławieństwo wysłała nam przez WhatsApp, uświadomiły mi, jak odmienne prowadzę życie i jak niewiarygodnych mam rodziców. Tak niesamowicie wyrozumiali, elastyczni, potrafiący idealnie się wpasować, akceptować i trwać przy nas, wspierać, dopingować, kibicować. Moi idole! Takiego podejścia do życia życzę wszystkim rodzicom szalonych dzieci.

FORMALNOŚCI w wersji THAI

Formalności załatwialiśmy cztery miesiące. Towarzyszyło nam powolne tempo, brak pośpiechu i zniechęcenie całym systemem. Szczegóły obiecuję opowiedzieć zainteresowanym. Naprawdę, można opisywać bez końca. TYLKO szaleńcy decydują się na ślub w Tajlandii, to pewne. Każdy nasz wyjazd do Bangkoku, przemieszczanie się pomiędzy Ambasadą Polski a Ministerstwem Spraw Zagranicznych, tfu! Raczej wielogodzinne stanie w korkach, zabawne tłumaczenia dokumentów z tajskiego na polski i mniej zabawne wnoszenie irracjonalnych poprawek. W sumie, należałoby zacząć od początku – zawaliłam sam ślubny początek! Fakt, że wróciłam z Europy i zapomniałam zabrać ze sobą jedynego, najważniejszego dokumentu, bez którego nic nie byliśmy w stanie załatwić, był zapowiedzią długiej drogi przed nami. Zapomniałam wsadzić do walizki… aktu urodzenia. JAK??? Nie wiem. Wszystko, dosłownie wszystko wpływało na to, iż termin naszego ślubu był ściśle nieokreślony. Jednak, kiedy już się nakreślił, uzyskaliśmy odpowiedź na nurtujące nas pytanie: dlaczego musimy mieć pod górkę? Dlatego, że na pewno nie czekalibyśmy na tak fantastyczną datę!

10.10. godzina 10:00

Jakie miałam wyobrażenia? Ślub podobny do cywilnego w Polsce, standardowy, ale uroczysty, podniosły, no nie wiem… Bez muzyki i lampek dobrego wina, ale z przysięgą (raczej po angielsku), delikatnym drżeniem głosu, jedną łezką. Nic z tych rzeczy. Ślub cywilny w Tajlandii przypomina podpisanie umowy telefonicznej. Wydarzenie, które było niezwykle ważne dla nas, niekoniecznie było ważne dla tutejszych urzędników.

Czysta formalność. Nie mogliśmy uwierzyć, że wszystko odbywało się w taki sposób. Po wejściu do pomieszczenia i wydrukowaniu numerka, czekaliśmy na swoją kolej w punkcie opatrzonym szyldem: miejsce ślubów. Kiedy wyświetliła się szczęśliwa dziewiątka, byliśmy prawie pewni, że dostaniemy przy ladzie kilka dokumentów do wypełnienia, po czym zostaniemy skierowani dalej. Ku naszemu zaskoczeniu, wszystko odbyło się przy owej ladzie i po kilkunastu minutach byliśmy małżeństwem. Formalność urzędowa polegała na wydrukowaniu przez panią urzędniczkę kilku papierków i złożeniu podpisów przez nas oraz dwóch świadków. Jeden z nich miał występować także w roli tłumacza, więc musiał znać angielski. Nasza koleżanka odczytywała mi szereg pytań, np.: Jak ma na nazwisko twój przyszły mąż? Kiedy się poznaliście? Jak długo mieszkasz w Tajlandii? Gdzie dokładnie mieszkasz? Jaki jest twój zawód? Ile zarabiasz miesięcznie? Czy ktokolwiek oprócz nas słuchał odpowiedzi? Hmmmm… Nie. Pani urzędniczka była pochłonięta rozmową z koleżanką. Później rzuciła kilka pytań dotyczących zmiany nazwiska oraz wyboru formy grzecznościowej Mrs. lub Ms. i wręczyła nam świadectwo małżeństwa, pobierając opłatę w wysokości 2zł. KONIEC.

Tyle stresu i JUŻ??? Tyle czekania, załatwiania, biegania z jednego urzędu do drugiego, opłat przeróżnych sto tysięcy. I JUŻ? Tak właśnie wygląda ślub cywilny w Tajlandii. Szybko i bez większych wzruszeń, bo kolejka emerytów z młodymi Tajkami czeka na to samo. W wielkiej euforii, przepełnieni radością, miłością i dobrą energią stanowiliśmy niezidentyfikowane zjawisko dla bacznych obserwatorów. Zazwyczaj jest to biznes, zazwyczaj to mężczyzna, emeryt jest cudzoziemcem biorącym Tajkę za żonę, zazwyczaj musi mieć dużo pieniędzy, zazwyczaj mało w tym miłości. Dlatego wszystko wygląda tutaj tak, jak wygląda. Jest jednak także drugi powód, związany z tradycją. Dla większości Tajów to wesele jest najważniejsze. Niektórzy z naszych znajomych najpierw mieli wesele, w którym uczestniczyło pięćset osób (z czego połowa była im zupełnie nieznana – znajomi rodziców, sąsiedzi sąsiadów, znajomi znajomych z miejsca pracy rodziców), po czym dopiero po dwóch miesiącach podpisywali dokumenty urzędowe. Jesteśmy INNI, dziwni, egzotyczni dla lubiących standard i tradycyjny styl życia.

Prosto, szybko, a czasami nawet śmiesznie. Marzył mi się luz, mieliśmy większy od spodziewanego. Dla nas było pięknie, najpiękniej, niezapomnianie i oryginalnie. Spędziliśmy cały dzień na plaży, wyskoczyliśmy z rodzicami na dobry obiad, a wieczorem szczęśliwi nie do opisania… poszliśmy do pracy! Sound Library to dla nas przyjemność, rozrywka i miejsce tworzenia. Tworzyliśmy zatem swoje dzieła. Mąż budował wielkie stekowe konstrukcje, a Żona kreowała gigantyczne, dżunglowo-owocowe koktajle. O tym kiedyś też napiszę! :)

 

Z pozdrowieniami dla moich (a już nawet naszych) kochanych rodziców <3 Widzimy się niedługo! <3 Odległość to tylko liczba! <3

 

_mg_5153

_mg_5151

_mg_5150

_mg_5155

_mg_5154

_mg_5156

_mg_5159

_mg_5161

untitled-5

_mg_5157

_mg_5168

_mg_5162

_mg_5166

untitled-6

_mg_5175

_mg_5179

_mg_5176

_mg_5188

_mg_5172

_mg_5183

_mg_5192

_mg_5174

_mg_5198

_mg_5205

_mg_5210

_mg_5204

_mg_5213

_mg_5207

_mg_5209

_mg_5212

untitled-2

_mg_5216

_mg_5239

_mg_5223

untitled-3

_mg_5232

_mg_5227

_mg_5246

_mg_5244

untitled-7

untitled-4

_mg_5264

untitled-1a

_mg_5268

_mg_5271

_mg_5275

_mg_5276

_mg_5277

_mg_5280

_mg_5284

fot. Rujaya Klongkomnonkarn (świadkowa), Mąż i Żona