MASZ CI LOS! KIERUNEK: LAOS

MASZ CI LOS! KIERUNEK: LAOS

Mimo że znaki na ziemi i niebie nie zwiastowały zbliżającej się podróży, nieprzewidywalny los przygotował dla nas Laos. Urząd imigracyjny po raz kolejny zabrał nas w niesponsorowaną podróż last minute, o czym dowiedzieliśmy się niecałe 24h przed wyjazdem. W celu zmiany rodzaju posiadanej wizy musiałam chwilowo opuścić Tajlandię. Wprawdzie sprawę można było załatwić w kraju, ale trwałoby to znacznie dłużej, na co zupełnie nie było czasu, ponieważ moja pieczątka traciła ważność JUTRO. Jak zwykle. Mam wrażenie, że to już swego rodzaju rytuał, zawsze wszystko na ostatnią chwilę. Sprawy mniej ważne i te bardzo ważne. Po dwudziestu dziewięciu latach można się przyzwyczaić, teraz zasada działa jakby z podwojoną siła, bo Pan Mąż taki sam. Wyboru zbyt wielkiego nie mieliśmy, marzący mi się Wietnam odpadał ze względu na bilety lotnicze i przeterminowany od ponad roku paszport Pook’a. Pracownicy urzędu zasugerowali nam Laos jako najlepszą opcję w naszym przypadku. W Vientiane znajduje się bowiem Ambasada Tajlandii, bardzo przyjazna obcokrajowcom, w której można załatwić wiele spraw, także moją nową wizę typu NON O.

Z HUA HIN DO VIENTIANE za 35zł

Opuszczając urząd, zaczęliśmy w biegu układać plan szybkiego wyjazdu. Śmierć króla i niekończąca się żałoba pogrążyły sporo lokalnych biznesów, więc wyjazd w tym momencie był dla nas jak kolejna bomba wybuchająca w Hua Hin. Ostatecznie postawiliśmy na dwudziestogodzinną podróż dwoma pociągami, której całkowity koszt w jedną stronę (wraz z dwoma lokalnymi autobusami przewożącymi nas do granicy, następnie do Vientiane) wyniósł mnie 35zł, Pook zapłacił o 5zł mniej, ponieważ Tajowie na trasie Hua Hin – Bangkok nie płacą za bilet. Zakładaliśmy większą rozrzutność, planowaliśmy przejazd z Bangkoku w wagonie sypialnym. Panienka z okienka poinformowała nas jednak o braku jakichkolwiek wolnych miejsc, proponując wyjście ostateczne: gimnastykę na plastikowych krzesełkach. Wiedzieliśmy dobrze, że weźmiemy wszystko, a nawet najgorsze warunki pociągowe i tak będą lepsze od tych panujących w klasztorach, gdzie medytujący śpią przez dziesięć dni na bambusowych matach i drewnianych poduszkach. Wszakże to tylko jeden dzień! 

Podróżniczy rachunek wzbogaciła moja wiza do Laosu – ok. 150zł i kilka mniejszych opłat, jak: dokument Pook’a, który umożliwiał mu trzydniowy pobyt w Laosie bez paszportu (niestety, jedynie w okolicach Vientiane, przez co nie mogliśmy wyjechać ze stolicy) – 10zł oraz jednorazowa opłata za przekroczenie Mostu Przyjaźni tajsko-laotańskiej w wysokości 10zł (mój bilet zawierała zakupiona wiza). Ze względu na długą podróż, do Laosu trafiliśmy z opóźnieniem, przez co musiałam uiścić opłatę grzywny – 50zł. Nikt się o nic nie pyta, jest to czynność tak nagminna, że nikogo nie dziwi fakt, iż kolejny raz płacisz karę. Nie ominęła ona także Pook’a. Weekend nie sprzyja załatwianiu jakichkolwiek spraw, konieczność oczekiwania na wizę zmusiła nas do pozostania w Laosie dłużej niż przewidywał jego dokument, co oznaczało 20zł/dzień nielegalnie przedłużonego pobytu. Wniosek nasuwa się sam: oszczędniej jest zostać nielegalnie w Laosie niż w Tajlandii.

Tanio, prawda? Jedno doładowanie dwustrefowego biletu miesięcznego na Warszawskiej Karcie Miejskiej (o ile nic się nie zmieniło), a można zwiedzić pół świata. Porównania tego rodzaju zawsze poprawiają mi humor.

 

_mg_5665

_mg_6279

_mg_6303

_mg_6302

_mg_6313

_mg_6304

_mg_6333

_mg_6338

untitled-7

_mg_6340

_mg_6326

_mg_6337

_mg_6354

_mg_6360

_mg_6298

_mg_6391

_mg_6395

_mg_6397

_mg_6370

_mg_6371

_mg_6372

_mg_6380

_mg_6384

_mg_6381

_mg_6386

_mg_6389
ZAGINIONY LAOS

Oczywiście, że uwielbiam podróżować. Oczywiście, że inaczej podróżuje się z wyboru, a inaczej z przymusu. Najlepiej, gdy ma się pełną, nieograniczoną niczym swobodę, ale nie zawsze tak jest, ponieważ w życiu mamy także okoliczności, które niekiedy musimy wziąć pod uwagę. Zawsze staram się dostrzegać plusy wszystkich spotykających mnie sytuacji. Wygrywam tym, że nie narzekam i w każdym, nawet najbardziej beznadziejnym i nudnym miejscu, odnajduję coś dla siebie, więc później przez myśl mi nie przejdzie, iż mogłam coś stracić. W podróżowaniu najpiękniejsze jest to, że możemy tylko i wyłącznie zyskać. Tracimy tylko przez własne blokady i stan umysłu, jego totalny brak otwartości. 

Do Vientiane zniechęcało nas wszystko. Już na starcie, po zrobieniu wstępnego researchu wiedziałam, że lekko nie będzie. Zapowiadało się wielkie NIC. Tak, można zrezygnować, zmienić kierunek, nie jechać. O ile… Nie ma pewnych okoliczności, które właśnie tam nas kierują.

Czy można odnaleźć Laos w Vientiane? Na to pytanie próbowaliśmy sobie odpowiedzieć każdego dnia. Stolica bez charakteru, trudno jednoznacznie stwierdzić, którego kraju. Pyszne francuskie bagietki, francuskie crepes, dobra kawa w klimatycznej japońskiej kawiarence, wegetariańskie sajgonki DIY, których własnoręczne zawijanie sprawie wprawdzie wiele radości, ale w niczym nie przypomina tradycyjnej potrawy, tajskie dania i przysmaki ratujące kulinarną sytuację i koreański, wszechobecny kicz. Gdzie jest Laos? Bardzo chcieliśmy wybrać się do Luang Prabang, jednak dokumenty jasno ograniczały pole naszego przemieszczania się. Nie pozostało nam nic innego, jak wypożyczyć skuter i wyruszyć na poszukiwanie przygód.

OBGADAĆ VIENTIANE

• Jest drogo. Słyszę ciche podśmiewanie się i pytania w stylu: To co? Zupka już nie 3zł tylko 4.50? Nie, uwierzcie mi, że wszystko można śmiało mnożyć razy dwa, trzy. Nie chodzi jednak o same pieniądze, ale o cenę która powinna iść w parze z jakością. Świadomość oryginalności i niesamowitego smaku jaki możemy mieć w Tajlandii za te same pieniądze, przyprawiał nas o zawrót głowy. Ceny bardzo zawyżone i zupełnie nieadekwatne. Potrawy niesmaczne, monotonne, mało atrakcyjne, czasami wręcz niedobre. Laos jest jak młodsza siostra Tajlandii, która próbuje swoich sił, podpatruje i uczy się gotować, ale wyraźnie nie ma talentu. Chociaż niekiedy jej się udaje.

• Lokalne markety nie ujęły mnie w najmniejszym stopniu. Różnorodność owoców i warzyw nijak ma się do tego, co oferuje chociażby pierwsza lepsza wieś w okolicy Hua Hin. No dobra, zdziwiła mnie wielka popularność krowiej skóry, którą pociętą w paski, jeszcze włochatą, jak gryzaki wcinały nawet dzieciaki. Z uwielbieniem przypatrywałam się także salonom urody, które ku mojemu zaskoczeniu stanowiły część marketów. Salon fryzjerski nie zdziwi nikogo w Złotych Tarasach, ale na straganie??? I do tego w takim wydaniu!

• Obowiązujący prawostronny ruch uliczny wcale nie świadczy o lepszym stylu jazdy. Nikt się nie zatrzymuje, wszyscy pędzą, brak jakichkolwiek zasad czy też obowiązujące zasady powodują uczucie otępienia, bezruchu i przerażenia. Zdałam sobie sprawę, że mieszkam na spokojnej wsi.

• Laotańczycy dobrze posługują się językiem tajskim, co tłumaczą swoim zamiłowaniem do oglądania tajskiej telewizji. Taj zrozumie Laotańczyka i odwrotnie, ale na pewno nie w stu procentach. Bardziej chodzi o wyłapanie przekazu, treść. Chociaż języki są podobne, słowa często mają odmienne znaczenie, co sprawia, że zdanie zupełnie nie ma sensu.

• W przeciwieństwie do Tajów, Laotańczycy są mniej otwarci, bardziej wstydliwi, skrępowani. Mało mówią, mało pytają, mniej się uśmiechają. Gdy tylko wróciliśmy do Tajlandii, już na granicy odetchnęliśmy z ulgą. Rozgadani celnicy niemal zapomnieli o przeskanowaniu naszych plecaków.

• Wielkie zdziwienie spowodowały u nas dwie obserwacje: w Vientiane nie było karaluchów ani bezpańskich psów. Nie potrafiąc znaleźć wytłumaczenia, zapytaliśmy pracowników w pobliskim sklepie o przyczyny owego faktu. Ekspedientka zszokowana pytaniem, odpowiedziała jasno: Bo my jesteśmy czyści. Nie mamy karaluchów. W każdym razie, jeśli już są, to jest ich bardzo mało. Problem psów ulicznych rozwiązuje ponoć obowiązujące, bardzo restrykcyjne prawo. I tak np. większość psów prowadzana jest na smyczach, ponieważ gdyby te przyczyniły się do powstania jakiegokolwiek wypadku, właściciel poniósłby duże konsekwencje. Mało ich chodzi luzem, większość wygląda na zadbane i całkiem zdrowe, co jest abstrakcją w Hua Hin i stanowi według mnie jeden z większych problemów.

Mam wrażenie, że jest moje ukochane Hua Hin i długo, długo nic. Dobrze jest pojechać, jeszcze lepiej jest wrócić. I choć Laos kusi tym, by poznać jego naturalne oblicze, przejechać wzdłuż i wszerz, to bardziej marzy mi się teraz Polska.

 

_mg_5639

_mg_5621

untitled-1

_mg_5625

_mg_5650

_mg_5631

_mg_5658

_mg_6249

_mg_5779

_mg_6018

_mg_5596

_mg_5593

_mg_5782

untitled-3

_mg_5810

untitled-4

_mg_5793

_mg_5800

_mg_5798

_mg_5808

_mg_5814

_mg_5819

_mg_5774

_mg_5871

_mg_5830

_mg_5760

_mg_5748

_mg_5745

_mg_5744

_mg_5849a

_mg_5842

_mg_5851

_mg_5869

_mg_5867

_mg_5831

_mg_5880

_mg_5891

_mg_5885a

_mg_5834

_mg_5895

_mg_5845

_mg_5997

_mg_6034

_mg_5917

_mg_5740

_mg_6220

_mg_6222

_mg_6221

_mg_5598

_mg_5601

_mg_6225

untitled-8

_mg_5938

untitled-2

_mg_5854

_mg_6410

_mg_6409

_mg_6196

_mg_6185

_mg_5609

_mg_6140

_mg_6203

untitled-5

_mg_6144

_mg_6146

_mg_6159

_mg_6156

_mg_6165

_mg_6167

untitled-6