LAOS: BUDDHA PARK

Nic nie zapowiadało nadchodzącej ulewy. Promienie słońca muskające twarz, delikatny powiew ciepłego wiatru, bezchmurne niebo i słowa mieszkańców, którzy zarzekali się, iż w Vientiane to już na pewno koniec pory deszczowej. Bzdury. Tak samo jak bzdurą jest wiara w to, że w Hua Hin nie może lać bez końca w styczniu. Otóż, uwierzcie mi – może. W tym roku tak właśnie odczuwaliśmy efekt ulew na południu, które podtopiły w ogromnym stopniu tę część Tajlandii. Jeśli zatem chodzi o na pewno, to na pewno nie spadnie tutaj śnieg.

Jako że Vientiane nie ma wiele do zaoferowania, postanowiliśmy wybrać się tam, gdzie podążają wszyscy. Ciesząc się słonecznym dniem, próbując wykorzystać maksymalnie ostatnie godziny spędzone w Laosie, zdecydowaliśmy się wyruszyć do Buddha Parkmust see najbliższej okolicy. Droga skuterem miała nam zająć maksymalnie 30min. Wyruszyliśmy o trzeciej, zakładając, że czasu mamy aż nadmiar. Pewnie Was nie zaskoczę tak bardzo jak bardzo zaskoczył nas wtedy deszcz, pisząc że wielogodzinna ulewa przyczyniła się do tego, iż więcej czasu poświęciliśmy na zwiedzanie przydrożnych sklepików niż na zapoznanie się z najmocniejszym punktem programu. Krótka wycieczka przeciągnęła się do około trzech godzin jazdy w jedną stronę, które spędziliśmy na wielokrotnym zatrzymywaniu się tam, gdzie był jakikolwiek dach, pod którym mogliśmy się schować. Posmakować wietnamskiej zupy, rozgrzewającej nasze zmarznięte ciała, wypić taką sobie kawę i zjeść gigantyczny owoc granatu otrzymany w prezencie od napotkanej przez nas starszej kobiety, powodujący wybuch uśmiechu na naszych twarzach.

Lało strasznie, więc zaczęliśmy się zastanawiać, czy w połowie drogi lepiej jest zawrócić, czy jednak spróbować dojechać do celu. Jednak myśl o tym, iż może więcej nie wrócimy do Vientiane powodowała, że śliska droga, zbliżający się zmrok, nieustający deszcz i przemoczone ubrania nie były w stanie nas zniechęcić. 

Kasjer wydawał się być zdziwiony, że naprawdę chcemy jeszcze kupić bilety i wejść na teren parku. Wpadliśmy dziesięć minut przed zamknięciem. Mówił, że nie musimy się spieszyć, bo brama będzie otwarta, ale w jego oczach wyraźnie można było odczytać niewypowiedziane na głos: Zaraz będziecie stamtąd wiać.

Przed naszymi oczami ukazał się obraz zdecydowanie różniący się od tego, który znaliśmy z turystycznych folderów. Słoneczne obrazki zastąpiła cmentarna atmosfera i mroczny klimat. Rzeźby wydawały się być o wiele bardziej przerażające. Stąpając po ciemku po mokrej trawie, niczym po bagnistym terenie, odczuwałam ich stale wędrujący za nami wzrok. No dobra, może to tylko wyobrażenia, ale nocny spacer po cmentarzu jest naprawdę niczym w porównaniu do przechadzki po Buddha Park po zmroku. W tej sytuacji, trudno było docenić artystyczny kunszt twórcy, Luang Pu Bounleua Sulilata. Voodoo na jawie. Szamański stan świadomości zamknięty w betonowych posągach. Żadnej podniosłości tego miejsca, żadnego mistycyzmu, a jeśli magia, to tylko i wyłącznie czarna.

Mimo nieprzyjemnych odczuć i negatywnej energii, której wspólnie doświadczaliśmy, obeszliśmy park wzdłuż i wszerz, chłonąc dziwaczność tego miejsca. Półgodzinny spacer okazał się być jednak niczym w porównaniu do powrotnej drogi, która nas czekała. Choć przestało padać, to ciemność, która zapadła, była najprawdopodobniej najciemniejszą ze wszystkich, które znaliśmy do tej pory. Z duszą na ramieniu, a nawet dwiema, modląc się w myślach, pragnęliśmy dotrzeć jak najszybciej do miasta, pokonując bardzo wyboistą drogę, oświetloną wyłącznie żarówkami naszego skutera.

 
untitled-1
 
_mg_6044
 
_mg_6056
 
_mg_6054
 
untitled-2
 
_mg_6074
 
untitled-3
 
_mg_6065
 
_mg_6069
 
_mg_6080
 
_mg_6076
 
_mg_6075
 
_mg_6083
 
_mg_6088
 
_mg_6112
 
_mg_6099
 
_mg_6122
 
_mg_6104
 
_mg_6097
 
_mg_6111
 
_mg_6128