PRACA [MOICH] MARZEŃ – KREATORKA KOKTAJLI W TAJLANDII

Pamiętam, jak dawno temu znajoma zapytała mnie o to, czym tak naprawdę chciałabym się zajmować. Jako że praca jest dla mnie pojęciem bardzo zmiennym i nieograniczonym, a radość sprawia mi robienie wielu rzeczy, bez dłuższego namysłu odpowiedziałam, że w tym właśnie momencie cieszyłoby mnie mieszkanie przy plaży, praca w barze i robienie koktajli. Zmęczona zbyt długą zimą i otaczającą mnie szarością, uwięziona w betonie, nie myślałam wtedy o tym, że rzuciłam na siebie zaklęcie.

Wypowiedziane dawno, zapomniane myśli ubrane w siłę słowa, odnalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości kilka lat później, kiedy ubrana w letni, kwiecisty kombinezon i japonki, serwowałam kolejny koktajl klientom baru na drugim końcu świata. I choć słowa rzucone bez zastanowienia nie były moim życiowym celem, ich siła rażenia przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Koktajle się zmaterializowały, ale oprócz nich zadział się cały ciąg abstrakcyjnych dla mnie wtedy wydarzeń: zdążyłam zamieszkać w walizce na kilka lat, by osiąść w Tajlandii, wziąć ślub z Tajem i zostać współwłaścicielką Sound Library Food & Drink Art Gallery.

Pomysł pracy w barze pojawił się naturalnie, wraz z rozwojem naszej znajomości, decyzją wspólnego zamieszkania i dzielenia codzienności. Wierzyliśmy w to, że jak połączymy swoje siły, to przetrwamy każdy sezon deszczowy, a brak klientów nie będzie nam doskwierał. Akcenty mojej europejskiej obecności początkowo można było dostrzec w zmieniającym się otoczeniu: świeczki, kwiaty, serwetki, obrusiki, częste porządki i umyte okna. Robiłam sałatki, wydawałam piwo i rozliczałam klientów, wypisując im odręcznie paragony z uśmiechniętym napisem thank you. Kreatywność próbowała znaleźć sobie ujście, coraz częściej mój wzrok zatrzymywał się na pustych lampkach do wina, które pokrywał coraz grubszy kurz. Któregoś dnia zupełnie (nie)przypadkowo podczas robienia zakupów w Macro, natknęliśmy się na 120cm kolorowe rurki. Takie fantastyczne, a nie wiadomo po co. Zupełnie nie widząc sensu w ich użytkowaniu, oczywiście – dokonaliśmy zakupu, by tak jak szklanki gromadziły kurz.

Kilkakrotnie zrobiłam standardowy koktajl, ozdabiając szklankę w standardowy sposób. Nie lubię jednak standardu i braku oryginalności, więc na plasterku karamboli i kwiatku lilii nie poprzestałam. Z dnia na dzień na brzegach małych szklanek zaczęło mi brakować miejsca do tworzenia. W uwielbianym przeze mnie sklepie Index w Hua Hin, gdzie można znaleźć wszystko to, o czym myślimy, że tego w Tajlandii na pewno nie ma, kupiłam cztery spore kielichy do wina (rozmiar największych lampek w Ikei). Radość z nich była ogromna, a tworzone przeze mnie konstrukcje coraz większe. Mam wrażenie, że moje koktajle już w tym rozmiarze wyglądały dość imponująco. Wraz z rosnącym zainteresowaniem klientów, zaczynało mi brakować szkła, więc konstrukcje tworzyłam na wszystkich dostępnych mi szklankach i dzbankach.

 

(fot. debo_thebo)

(fot. iamoatt)

(fot. tumused)

(fot. aileen_hong)

(fot. kizziicare)

(fot. pj.peace)


I może na tym zakończyłaby się historia tworzonych przeze mnie koktajli, gdyby nie… urodziny mojej koleżanki ze studiów. Właśnie pisałam do niej wiadomość na Facebooku, gdy nagle na tablicy zobaczyłam zdjęcie z życzeniami, które przesłali jej znajomi pijący w Zakopanem grzane piwo z potężnych, mega wielkich kielichów. Od tej chwili myślałam tylko o tym, jak mogę wyczarować sobie tak ogromne szklanki.

Kończąca się data wizy i zbliżający się visa run zapowiadały mój krótki wylot z Tajlandii. Okoliczności spowodowały, iż poleciałam na dwa miesiące do Europy. Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, co kupiłam w Niemczech za pierwsze zarobione pieniądze.

 


Do Tajlandii wracałam z pięcioma szklankami w bagażu podręcznym i ośmioma butelkami alkoholu w bagażu głównym (ups… akurat to jest KŁAMSTWO, którego się wyprę, bo przecież można wwieźć ze sobą do Tajlandii litr alkoholu). Zapomniałam dodać dwunastopak mini Jägermeister [skreślić, skreślić, skreślić], którego również nie zapomniałam upchnąć w torbie [nie bierzcie przykładu, poradnik podróżniczy to nie jest].

Od mojego przylotu nasz dom coraz częściej przypominał dżunglę, a każdy dzień rozpoczynaliśmy od swego rodzaju polowania. Wyposażeni w dwa nożyki do cięcia tapet wyruszamy każdego dnia na poszukiwanie pięknych liści, roślin i kwiatów.

 

 

Podróżujemy po wszystkich lokalnych marketach w promieniu 30km, stając się prawdziwymi hunterami owoców i warzyw o jak najdziwniejszych kształtach w jak najniższych cenach. Wraz z upływającym czasem już nikogo ze sprzedawców nie dziwił fakt, iż zawsze bierzemy to, czego nikt inny kupić nie chce. Krzywe, brzydkie, za bardzo pokręcone, piękne w swej brzydocie. I choć nadal nie potrafię rozróżnić pięciu tonów języka tajskiego, to o owocach i warzywach wiem naprawdę sporo: gdzie są najlepsze i najsłodsze ananasy, gdzie można kupić ananasy, które zadziwią swym wyglądem każdego turystę, gdzie kupić banany o kształcie anielskich paznokci, gdzie zawsze dostaniemy jedną papaję gratis, gdzie kilogram mango można kupić za złotówkę, która kobieta na markecie w Pranburi ma żółte owoce o niezwykle intensywnym zapachu z najstarszego drzewa w całej okolicy, który mężczyzna sprzeda nam 8 malutkich arbuzów za dwa złote, gdzie są najsmaczniejsze kokosy, a gdzie największe, kto sprzedaje czerwone banany, a kto jadalne kwiaty i nasiona lotosu.

 

 

W sprawie liści i kwiatów wielokrotnie z pomocą przychodzą nam hotele, których na szczęście w Hua Hin nie brakuje. Dbając o swą ogrodową przestrzeń robią porządki, przycinają liście, wycinają gałęzie uginające się pod ciężarem orzechów palmowych. Wszystko to, a nawet więcej układają przy wyjściu swych posesji, a my wybieramy z tego to, co nam akurat pasuje. Pamiętam, że nawet wracając z naszego ślubu, załadowaliśmy cały tył samochodu takiego typu znaleziskami, bo akurat trafiliśmy na ogrodnicze sprzątanie. W ślubnej sukience, ze scyzorykiem w ręce. Twórcza obsesja.

 


Niektóre z elementów koktajli znajduję na plaży, inne w dżungli. Zbieram wszystko, co jest piękne, co mnie zachwyca i zatrzymuje na chwilę. Wszystkie skarby myję, suszę i kolekcjonuję. Szklanki oplatam bluszczem z naszego domu, po który szybko wyskakuje Pook, kiedy klienci składają zamówienie. Po inny rodzaj bluszczu, który uwielbiam, musimy wybierać się w konkretne części Hua Hin (o roślinach rosnących na terenie miasta i w jego okolicach wiemy chyba wszystko). Choć wygląda pospolicie, to jego owoce swym wyglądem przypominają dzikie ogórki. Dojrzałe zmieniają barwę na czerwoną.

W naszym ogródku rośnie bananowiec. W sumie, to rośnie u sąsiadów, ale spora jego część jest u nas. Często wykorzystuję jego obumarłe liście. Bardzo lubię piękne przejścia ich przesuszonych kolorów: od jasnych żółci, po delikatną zieleń i ciemne brązy. W sezonie wdrapuję się na krzesło, by dostać jego kwiat z pysznymi zalążkami otulonymi bordowymi płatkami.

 

 

Moje autorskie koktajle Giant Jungle Coctails powstają z miłości do natury, uwielbienia owoców i warzyw, o których zawsze długo opowiadam zaciekawionym klientom. Mam wrażenie, że zwracam ich uwagę na piękno zawarte w banalnych, codziennie oglądanych przez nich detalach, których nie dostrzegają na co dzień. Zachwycają się tym, czy ja zachwycam się każdego dnia. W jednej wielkiej szklance zamykam tak wiele bogactwa Tajlandii, którego mogą skosztować. Często boją się dotykać konstrukcji, nie chcąc jej zniszczyć, jednak dodaję im odwagi, mówiąc, że naprawdę wszystko powinni zjeść. Oczywiście – oprócz szklanki.

 

(fot. staccyp)


 

Wraz ze wzrostem i rozrostem koktajli, Pook smażący wcześniej przepyszne steki, zainspirowany zaczął tworzyć stekowe, coraz wyższe konstrukcje. Jego potrawy zaczęły dosłownie wychodzić z talerza. Pojedyncze steki zaczęły przybierać formę pięciostekowych, pięciogwiazdkowych konstrukcji. Każdy klient na wstrzymanym oddechu oczekuje swego talerza: spadnie, czy nie spadnie? – w ich oczach rysuje się prawdziwa ekscytacja.

 

 


Choć zawsze chcę, to nigdy nie znajduję czasu, by udokumentować zwykły/niezwykły dzień naszej pracy. Oryginalność Sound Library tkwi nie tylko w atmosferze i unikalnym, niespotykanym nigdzie indziej na całym świecie menu. Czas oczekiwania na zamówione koktajle i steki mieści się w przedziale czasowym 40-60 minut. Fotografowanie przez nas efektów wspólnego tworzenia jest nie tylko niewskazane ze względu na szacunek do wygłodniałych i spragnionych klientów, ale jest też niemożliwe ze względu na ponaglający nas czas odmierzany topniejącymi kawałkami lodu w koktajlach i zdecydowanie zbyt szybko stygnącym mięsem. Dzisiaj doceniamy wszystkie smartfonowe zdjęcia klientów, którzy podzielili się nimi na Instagramie, tworząc jedyne w tym momencie świadectwo naszej niezrównoważonej wyobraźni.

 

(fot. l_u_k_t_o_r)

(fot. l_u_k_t_o_r)

(fot. point.72)

(fot. missneung)

(fot. harlschase)

 

Największy problem koktajli tkwi w ich wielkości. Trzeba wykazać się nie lada zręcznością, by przenieść je z kuchni na stolik. I w tym momencie pojawia się wizja dramatu… A gdyby tak spadł!!! A gdyby tak ktoś nieuważnie trącił kielich i wylądowałaby on na podłodze… W tej sytuacji obmyśliłam plan oryginalnego mocowania szklanki ze stołem przy pomocy grubej taśmy. Całość okrywałam obrusem w kształcie motyla. Szkoda by było, żeby ta ogromna szklanka, która przetrwała podróż w bagażu podręcznym z Niemiec do Tajlandii, rozbiła się przez przypadek i nieuwagę.

 

 

 

 

 

 


O naszej twórczości napisała lokalna gazeta. Wprawdzie, nic nie zrozumiałam, ale według tłumaczenia Pook’a, autorzy tekstu byli zachwyceni, twierdząc, że pod moim koktajlem można czuć się tak, jakby siedziało się pod egzotycznym drzewem. Dobrze jest dzielić się dobrem.