DUCHY LUBIĄ KINO – SANGKHLABURI

GÓRSKIE SERPENTYNY

Od kilku godzin kurczowo trzymam się siedzenia. Pokonywanie górskich serpentyn, tonących w bujnej zieleni tropikalnej dżungli, srebrnym samochodem z 1995 roku jest nie tylko wyjściem poza strefę własnego komfortu, to wyrzeczenie się poczucia bezpieczeństwa. Zaprzedanie życia kierowcy. Styl jazdy oraz znajomość przepisów drogowych w tej części świata wprowadzają w osłupienie, nawet po kilku latach życia w Azji. Świadomość nieuchronnie nadchodzącej ciemności odciąga moją uwagę od majestatycznych widoków. Droga prowadząca do Sangkhlaburi, jak wiele w Tajlandii, nocą jest nieoświetlona. Ponoć oczami można świecić, więc te otwieram szeroko.

Gęstniejący zmrok przecinają długie światła sunącego samotnie przez górski labirynt auta. Trzymam kciuki za brak jakichkolwiek usterek. Nagle, przy ulicy zauważam telebim. Czarne myśli rozwiewa błysk reflektorów. Rozbrzmiewająca z głośników muzyka nie tylko zakłóca ciszę i harmonię leśnego życia, ona miażdży wszystkie zmysły. Po wyjściu z samochodu zaczynam się zastanawiać, w jaki sposób owe wydarzenie zgromadzi publiczność. W pobliżu nie ma żadnej wioski, a od ostatniego domu, który mijaliśmy dzieli nas co najmniej dziesięć kilometrów. Trzech mężczyzn kończy instalację wielkiego ekranu w lesie, pośrodku niczego. Dwóch z nich wspina się po metalowej konstrukcji, sprawdzając kolejno podwieszone kable. Trzeci stoi pod białym namiotem, pochylony nad rzutnikiem.

DUCHY LUBIĄ KINO

– Będą dzisiaj oglądać film – mówi Pook, kiwając głową w stronę lasu.

Rozglądam się, przewracam głową na wszystkie strony. Mrużę oczy, staram się dostrzec nadciągającą widownię. 

– Wiesz, ale poza obsługą nikogo nie widzę. Będą oglądać film? Jaki film? Kto przyjdzie? Skąd? Naprawdę mieszkają tutaj jacyś ludzie? Gdzie? Przecież tutaj nic nie ma – rodzące się pytania wyprzedzały odpowiedzi.

To seans filmowy dla tutejszych duchów oraz zmarłych ludzi. Trudno powiedzieć, czy ci ostatni zmarli w tym miejscu, czy tylko zostali tutaj pochowani – Pook wskazuje na drewniany domek duchów i otaczające go kolorowe pomniki. – Najwyraźniej ostatnio duchy musiały przekazać mnichowi lub któremuś z mieszkańców okolicy, że chcą obejrzeć film – ciągnął dalej, próbując odpowiedzieć na zdziwienie rysujące się na mojej twarzy.

Czując powagę sytuacji, staram się ułożyć w głowie sensowne pytania.

– Jak długo będzie trwał seans? Czy wiadomo, jakie filmy obejrzą? I czy ludzie mogą im towarzyszyć?

– To zależy. Jak nikt nie przyjdzie, to duchy będą oglądać same. Na pewno będzie kilka filmów. Przede wszystkim te, które grają teraz w kinie. W ten sposób ludzie zaskarbią sobie ich przychylność, spełniając zasłyszane życzenie. Będzie im się lepiej żyło, zmarli nie będą ich nękać – mówi tak, jakby w tym wszystkim nie było nic dziwnego. Po chwili kierujemy się ku domkowi. Obok kilku nagrobków stoi niewielka świątynia oraz drewniana stupa. Święte miejsce, choć położone z dala od wioski i ludzi, jest w miarę zadbane. Domki zdobią świeże kwiaty. Butelki czerwonej Fanty oraz owoce mają zaspokoić apetyt i pragnienie ich mieszkańców. Wykonując gest wai, witamy się z nimi. Kiedy po moim ciele przebiegają ciarki i dreszcze, Pook w ciszy odmawia krótką modlitwę.