WIOSKA LUDZI MON – SANGKHLABURI

MON VILLAGE – SANGKHLABURI

Nad rzeką unosi się pierzasta mgła. Z zaciekawieniem spoglądam w kierunku wioski znajdującej się po drugiej stronie najdłuższego drewnianego mostu w Tajlandii (w skali światowej plasuje się na drugiej pozycji). Wyglądający na zupełnie przypadkowy wzór desek i pali, przypomina strukturę skleconego w nieładzie stosu bierek. Czterysta czterdzieści metrów drewnianej budowy wykonanej przez czterysta par rąk. Jestem w Sangkhlaburi, tuż przy granicy z Birmą. We wsi oddalonej o pięć godzin drogi samochodem od Bangkoku, autobusem – siedem, a nawet osiem. Pośród gęstej dżungli, gdzie oprócz ciszy i spokoju zachłysnąć się można rześkim, orzeźwiającym powietrzem o piątej rano. Ponoć nie ma tutaj NIC poza mostem, którego przechodzenie tam i z powrotem jest główną i wydawać by się mogło, jedyną atrakcją turystyczną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

LUANGPHO UTTAMA – OJCIEC WIOSKI MON

Ponad siedemdziesiąt lat temu mnich Luangpho Uttama (jego podobizny widnieją po obu stronach wejścia na most) zaczął szukać przyjaznego miejsca do życia dla mniejszości, której był częścią. Za zgodą władz Tajlandii w 2486 roku na pustej przestrzeni prowincji Kanchanaburi wybudowano pierwsze domy dla grupy ludzi niemile widzianych w Birmie. Trzydzieści rodzin otrzymało kawałek ziemi, którego w świetle prawa nie mogą nazwać swoim. Dzisiaj, w roku 2561, w wiosce ludzi Mon jest 3000 domów. W większości zamieszkanych przez starszych ludzi. Młodzi w jeansach i T-shirtach wyjechali do miast w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Pracują dla Tajów, głównie w hotelach i restauracjach, niekiedy na pobliskich farmach. Ci, którzy zostali w Sangkhlaburi noszą tradycyjne ubrania, choć uzupełnieniem sarongu często jest bawełniana koszulka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TAM, GDZIE NIE MA NIC

Tam, gdzie nie ma NIC, zaczyna się wszystko. Tam, gdzie nie ma NIC, czeka codzienność. W Sangkhlaburi dostępna dla wszystkich, nieoddzielona żadnym murem, bez biletów i opłat za wstęp. Autentyczna, niestylizowana, niewymuszona, bez upiększeń i komercyjnej otoczki. Ubrana w nieznane słowa, język niezrozumiały także dla Tajów, nowe zwyczaje i smaki. Wioska ludzi Mon to wąskie uliczki i wysokie pagórki, drewniane pomosty, drogie auta przed bambusowymi chatami, terminale umożliwiające doładowania telefonów, domy z cegieł, pralnia na świeżym powietrzu, elektryczność, bieżąca woda, kolorowe produkty handmade, zapach tytoniu zawiniętego w suche liście, opluty betelem chodnik, biało-żółte ślady thanaki na policzkach pogodnych twarzy, których rysy nie przypominają tajskich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wioska ludzi Mon to także słodki lukier na domowych donato-pączkach, które choć wyglądem przypominają patongo, to w przeciwieństwie do nich nie są puszyste i miękkie, a raczej gliniaste, gumiaste, żelkowate, ciągnące się i zbite. Świeże, jeszcze ciepłe są naprawdę pyszne. Nim sprzedawczyni zdąży dojść wąskimi uliczkami ze swojego domu na pobliski targ, niemal wszystkie znikną po drodze. Zaczepiana przez sąsiadów bliższych i dalszych, dociera na market zaledwie z kilkoma sztukami wypieków na plastikowej tacy.

 

 

 

MORNING MON MARKET

O siódmej rano lokalny market świeci pustkami. Siedzące na rozłożonych matach kobiety sprzedają świeże zioła, suszone krewetki, parasole (właśnie rozpoczął się sezon deszczowy) oraz złote poduszki dla mnichów w dzierganych ręcznie, żółtych poszewkach. Niemal wszędzie stoją kosze wypełnione po brzegi orzechami arekowymi, które stanowią składnik popularnego w Azji betelu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

– W dżungli jest wszystko. Mamy tutaj nawet lekarstwo na raka. Pomaga. – jedna z kobiet zaczepia nas opowieściami o niekonwencjonalnych sposobach leczenia.

Spoglądam na asortyment jej stoiska. Do ręki biorę kilka zdrewniałych fasolek wierząc, że jest to jakiś rodzaj orzechów piorących, ekologiczna alternatywa dla szamponu. Tak. Właśnie tak myślę. Na pewno można je stosować do pielęgnacji włosów.

– Używamy ich do zmywania złych mocy – wypowiada cicho, mieszając delikatnie ręką w koszyku pełnym magicznych orzechów znalezionych pośród bujnej roślinności wiecznie zielonych lasów Sangkhlaburi.

 

 

 

OWOCOWE PUSTKI

Z racji tego, że mieszkańcy wioski trudnią się rybołówstwem, nie brakuje na markecie świeżych ryb. I choć stoły uginają się także pod ciężarem mięsa, trudno dostrzec na targu owoce i warzywa. Napotykam zaledwie kilka sztuk dojrzałych ananasów, gujawy i smoczego owocu. Nie ma żadnych przekąsek, deserów i parówek na patyczkach. W zasadzie, to nie ma tutaj wiele, ponieważ Monowie sprzedają swoje produkty po drugiej stronie mostu, gdzie oprócz Tajów chętnie kupują je turyści.

Mieszkańcy wioski są samowystarczalni, nie muszą więc sprzedawać, ani kupować na markecie większości produktów. Targowisko jest tutaj miejscem koleżeńskich schadzek, sąsiedzkich pogawędek. Wszystko, czego Monowie potrzebują w codziennym życiu, znajdują w swoich ogrodach. Krajobraz wioski tonie w drzewach bananowca, mango, papai i kokosowych palm. Kudłate rambutany często zrywane są prosto z okien bambusowych domów, w pobliżu drewnianych mostów rosną drzewa obrodzone zielonymi jabłkami mon. Rozległe pola porasta kukurydza, trzcina cukrowa oraz zielona herbata. Tę serwuje się tutaj do każdego zamówienia: zarówno do posiłku, jak i do kawy z zagęszczonym mlekiem.

 

 

 

 

 

Pierwszy raz opuszczam market z wolnymi od plastikowych siatek rękami. Kupiłam jedynie dwa woreczki cukru palmowego, który stanowi nieco zdrowszą alternatywę dla fanów słodzenia. Mniejszy rozmiar krążków skłonił mnie do tego, by zabrać je do Europy. Zazwyczaj tego typu drobne jadalne prezenty lubię przywozić bliskim.

 

 

 

ŚNIEGOWE PŁATKI

Na skraju drogi dostrzegam kobietę, która zrywa drobne, białe kwiatki. Jedną ręką trzyma cienkie łodygi krzewu, drugą zwinnie wrzuca płatki do białej misy umieszczonej na czubku głowy. Niegdyś ludzie wierzyli, że składane mnichom dary muszą być niesione jak najwyżej, wędrowali więc do świątyni z misami niesionymi na głowach. Od tamtej pory każdy mieszkaniec wioski już w dzieciństwie opanowuje tę umiejętność.

Kobiety siedzą przed domami i nawlekają zerwane wcześniej kwiaty wrightia antidysenterica, zwane śniegowymi płatkami, na drewniane, długie wykałaczki. Inda, jego lokalna nazwa, oznacza nieskazitelny. Krzew kwitnie przez cały rok, a jego kwiaty są wyjątkowo trwałe, utrzymują się do pięciu dni. Pięknie wyglądają przeplatane chabrowymi butterfly pea. Nawet w tak drobnych detalach życia codziennego można dostrzec różnicę. Po drugiej stronie mostu Tajowie do swoich kompozycji składanych mnichom i posągom buddyjskich bogów używają płatków jaśminu.

 

 

 

 

MARSZ DO SZKOŁY

Długie sznury roześmianych dzieci suną powolnym krokiem do szkoły. Starsze idą z rówieśnikami, młodsze są odprowadzane lub podwożone przez rodziców. Ci, bardzo często, oprócz swoich pociech zabierają także dzieci sąsiadów. Ściśnięte, balansują co najmniej w pięć osób na jednym skuterze. Przed szkołą rozstawione są stoiska z ulicznym jedzeniem. Wielu uczniów nim pójdzie na lekcje, kupi smaczną przekąskę. Przycupnie, kucnie, z apetytem pochłonie śniadanie. Może już drugie, bo w Tajlandii wszyscy bez wyjątku uwielbiają jeść. Później muszą pamiętać, by wytrzeć ręce, strzepać okruszki, spojrzeć na buty, może delikatnie przetrzeć je szmatką, sprawdzić czy koszulka na pewno nie wychodzi ze spodni. Przed bramą do szkoły stoi nauczyciel. Jego bystrym oczom nie umknie żaden szczegół. Trzymanym w rękach kijem grozi tym, którzy wyglądają niechlujnie. Wyciąga ich z szeregu, każde poprawić ubranie, zasznurować buty i poprawić włosy. Szkoła to nie obora. Trzeba mieć klasę nie tylko w klasie.