KANOM JEEN – SMAKI TAJLANDII

ŚPIESZMY SIĘ JEŚĆ W DOBRYCH MIEJSCACH

Śpieszmy się jeść w dobrych miejscach, bo tak szybko znikają! Tak to niestety w Tajlandii jest, że wracając po kilku miesiącach do danego miasta, możemy już nie odnaleźć naszej ulubionej kawiarni, baru, czy restauracji. Właściciele zmienili lokalizację i nie wywiesili na drzwiach informacji o nowym adresie, wpadli na nowy pomysł i zupełnie się przebranżowili lub po prostu – interes się nie opłacał. W nowym sezonie nowe restauracje wyrastają jak grzyby po deszczu, a po nim (zwłaszcza w sezonie deszczowym) – przepadają bez śladu. Wiem o tym z własnego doświadczenia, nie tylko jako osoba współprowadząca niegdyś bar. Zazwyczaj dotyka mnie to bardziej, gdy jako klientka szukam przestrzeni, którą chętnie odwiedzałam.

Tak było ostatnio, kiedy z wielkim rozczarowaniem przejeżdżałam obok punktu, który kojarzę z najlepszym Kanom Jeen w Kanchanaburi. Niepozorne miejsce przy ulicy, które nie wyróżniało się niczym poza niebieskimi, emaliowanymi garami. I ich zawartością, bo ta była bezbłędna. Cztery rodzaje curry. Orzechowy podbił moje kubki smakowe. Rozkosz dla podniebienia! Lepsze Kanom Jeen jadłam tylko w Sangkhlaburi, pewnie dlatego, że potrawa wywodzi się z kuchni grupy etnicznej Mon.

KANOM JEEN

Kanom Jeen to nic innego jak cieniutki i miękki makaron, który powstaje ze sfermentowanego ryżu. Podaje się go wraz z różnymi rodzajami curry (wybiera się jeden ulubiony smak, lub miesza kilka). Do wyboru jest zazwyczaj curry rybne, zielone, czerwone lub orzechowe. Ostatnie jest najbardziej delikatne i najmniej ostre. Podane na talerzu je się ze świeżo pociętymi oraz marynowanymi warzywami, które dostajemy na osobnej tacy. Są to świeże ogórki, kiełki soi, tajska bazylia, liście Gotu Koli (wąkroty azjatyckiej), kwiaty bananowca (długie, bladożółte pręciki skrywające się pod bordowymi liśćmi), rozdrobniona świeża kapusta i kapusta kiszona. Każdy wybiera to, co lubi i miesza na talerzu ze swoją porcją pysznego Kanom Jeen. Niestety, tacy z warzywami nie sfotografowałam, ale łatwo sobie wyobrazić, że jest to prawdziwy raj dla roślinożerców. Na pamiątkę dobrego smaku pozostały mi zdjęcia.

NAM KANG SAI

W barze, który już nie istnieje, serwowano także tajski deser – Nam Kang Sai. Może nie jestem jego wielką fanką, ale czasami zdarza mi się zjeść tę jakże dziwną wersję tajskich lodów. Bo Nam Kang Sai to słodkie dodatki (wybieramy sobie kilka, a wśród nich znajdziemy np. kukurydzę, czerwoną fasolę, różnego rodzaju żelki, kandyzowane owoce i kawałki słodkiego pieczywa) pokryte górą pokruszonego lodu, skąpane w słodkim syropie i mleku kokosowym.

Uwielbiam tajską kreatywność. Nie tylko tę kulinarną. Czyż doniczki wiszące nad moją głową nie są piękne? Plastikowe kosze nie tylko na brudne ubrania. Paprocie prezentują się w nich o niebo lepiej!