PILOK – TAM, GDZIE KOŃCZY SIĘ TAJLANDIA

51 Udostępnień

PILOK – TAM, GDZIE KOŃCZY SIĘ TAJLANDIA

 

Pilok znajduje się tam, gdzie kończy się Tajlandia, a zaczyna Birma. Na tyle daleko, by obcokrajowcy bardzo rzadko tutaj zaglądali. Wystarczająco daleko, by długość połączeń lokalną komunikacją zniechęcała ich do przyjazdu, a cała podróż jawiła się jako strata cennych, ściśle wyliczonych urlopowych dni. A tak w ogóle, to umówmy się – o Pilok niemal żaden obcokrajowiec nigdy nie słyszał. Pilok zaczyna się tam, gdzie kończą się turystyczne przewodniki. Nie wart uwagi przybyszy z Zachodu,  nie godzien wzmianek i pozycji na liście Musisz zobaczyć w Tajlandii, czy Warto Zobaczyć w Tajlandii. Pilok to góry, gdzie rajskich plaż brak, a i atrakcji nie ma zbyt wielu (Park Narodowy Thong Pha Phum, kilka świątyń, punkty widokowe oraz wodospady). Mieszkańców posługujących się językiem angielskim zliczy się na palcach. Jednej ręki. Przy czym kilka paluchów zostanie wolnych. I właśnie dlatego Pilok może chwycić za serce. Bo tam, gdzie nie ma nic, jest wszystko.

ZIELONA KRAINA KANCHANABURI

Pilok jest jedym z siedmiu podregionów (tambon) w dystrykcie Thong Pha Phum w prowincji Kanchanaburi. Zielona kraina zajmuje powierzchnię 725 km2, z czego aż 95% stanowią lasy. Każdy z podregionów Thong Pha Phum podzielony jest na wioski (łącznie jest ich 44). W podregionie Pilok znajdują się cztery wioski: Ban E-Tong, Ban Bo Ong, Ban Mai Rai Pa oraz Ban Pilok Khi, w których łącznie żyje ponad 6000 mieszkańców.

Wioska E-Tong na przestrzeni kilku ostatnich lat stała się bardzo popularną miejscówką wypadową wśród Tajów, którzy cenią piękno i bliskość natury oraz szukają miejsca, do którego mogą uciec od zgiełku miasta i gorączkowego życia. Fotogeniczność miejsca oraz jego popularność na instagramowych zdjęciach (także wśród tajskich blogerów) również robi swoje. Wielu młodych Tajów przyjeżdża tutaj, by móc wrzucić na swój profil zdjęcie z modnej miejscówki.

SKARPA, PRZEPAŚĆ, PYŁ, KURZ I OSTRE ZAKRĘTY – GÓRSKA JAZDA PO DWÓCH PASACH

Choć Pilok oddalone jest od Kanchanaburi o jakieś 210 km, dojazd tutaj jest prawdziwym wyzwaniem. Nie dla podróżnika, bo ten ma tylko ogarnąć kolejne środki komunikacji plus rozkład jazdy. Chwała wszystkim kierowcom, którzy bezwypadkowo pokonują tę trasę! Kierowcom aut osobowych, którzy przyjeżdżają ze swoimi rodzinami, kierowcom motorów, którzy na zielonych szczytach rozbijają na szczęście – namioty, a przede wszystkim kierowcom żółtych songthaewów, którzy każdego dnia zabierają z Thong Pha Phum po kilkunastu pasażerów.

Jeszcze nie ochłonęłam po ostatniej podróży i do dzisiaj się dziwię, że songthaew może tam podjechać. Miasteczko Thong Pha Phum od wioski E-Tong dzieli odległość ponad sześćdziesięciu pięciu kilometrów. Jednak ostatnie 40 km trasy to spora dawka adrenaliny. Trasę pokonuje się w ponad dwie godziny! I niemal przez cały czas trzeba trzymać się wszystkiego, a jednocześnie wszystko, co się ma przy sobie. Klakson na każdym niebezpiecznym zakręcie, a te jeden za drugim. Wyje songthaew pełznący pod górę, duszący się niemal. Trąbi kierowca, który pruje po dwóch pasach. Nadzieja w tym, co jedzie z naprzeciwka. Że usłyszy. Zwariowana jazda przez gęstą dżunglę. I wreszcie E-Tong! Aż chce się wyściskać kierowcę, płacąc mu za bilet.

WSCHODY I ZACHODY SŁOŃCA

Spóźniłam się na ostatni songthaew. O poranku wyruszyłam podziwiać wschód słońca i nim wróciłam, ostatnie żółte autko tego dnia już odjechało (w okolicach 07:30 – 08:00 jest ostatni kurs do Thong Pha Phum). Po chwili pogawędki z właścicielami homestay’u, w większości na migi, dowiedziałam się, że mam szybko spakować plecak, bo zjadę do miasta z policją. Ci mieli wracać do Thong Pha Phum i tych miałam wypatrywać przy drodze prowadzącej na punkt widokowy Nern Chang Suek (Baza Operacyjna Chang Suek Straży Granicznej). Nie wiedząc kiedy, nim nadjechał radiowóz, zostałam wpakowana do samochodu młodego małżeństwa, którzy akurat wracali do Bangkoku. Ktoś mi kiwnął, machnął ręką, ktoś inny coś powiedział, ktoś podprowadził – często pomocni mieszkańcy prowadzą w takich miejscach za rękę. Zwłaszcza zagubionych na końcu świata obcokrajowców. Czy owe małżeństwo cieszyło się z mojego towarzystwa? Nie myślę. Tak im kazali, to zabrali. Dwie godziny jazdy niemal w milczeniu, bo języka wspólnego do miłej pogawędki było nam brak.

Po co jechać do Pilok taki kawał drogi? Przecież z Bangkoku to 6-7 godzin jazdy (własnym samochodem), nie licząc przerw.

Chwila milczenia. Zastanowienia. Jakieś skrępowanie, by sklecić ze sobą kilka prostych słów.

Wiesz, tutaj naprawdę są piękne wschody i zachody słońca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

51 Udostępnień